1. Skip to Menu
  2. Skip to Content
  3. Skip to Footer

Pokonać niepełnosprawność – w drodze po obrzeżach świata

Relacja z pierwszej samodzielnej podróży, w ramach projektu
„Pokonać niepełnosprawność – w drodze po obrzeżach świata”.



Wyprawa pierwsza „Wzdłuż granic Polski”.



Wyjechałem z domu zgodnie z planem w piątek 28 sierpnia, parę minut przed godziną dziewiątą. Skierowałem się oczywiście w stronę wschodnią do Medyki. To w czasach „komuny” największe przejście graniczne ze Związkiem Radzieckim zwanym potocznie zdradzieckim i największy suchy port przeładunkowy w tej części Europy. Teraz to jedno z wielu przejść granicznych na wschodniej flance Unii Europejskiej i mało znaczący terminal przeładunkowy. Jako, że Przemyśl leży zaledwie 11 km od granicy nie musiałem nabijać kilometrów, by znaleźć się na rubieżach kraju, czyli na mojej wyprawy - szlaku. Tu dokonałem zwrotu w kierunku północnym i rozpocząłem jazdę drogami płożonymi najbliżej granic naszego kraju. Pierwsze około stu kilometrów to drogi dobrze mi znane, bowiem wielokrotnie nimi jeździłem do małego ale sympatycznego Lubaczowa, uzdrowiskowego Horyńca czy Werchraty. Po przejechaniu w sąsiedztwie przejścia granicznego w Hrebennem i dalej przez Lubyczę Królewską do Tomaszowa Lubelskiego odbiłem w prawo w kierunku na Zosin. Zmiana krajobrazu z lekko pagórkowatego na lubaczowszczyźnie, charakterystycznego dla całego Roztocza, na płaski jak stół z mniejszą powierzchnią zalesionych obszarów. Wyraźnie można było również odczuć gorszy stan nawierzchni bitumicznej czyli tzw. asfaltu na drodze w okolicach Hrubieszowa.

Wschodnie klimaty

Na przejściu w Zosinie, niewielka kolejka kilkudziesięciu samochodów czekających na wjazd do walczącej o przetrwanie Ukrainy. Stanąłem i ja by poczuć choć przez chwilę ten klimat kolejkowy. W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych jeżdżąc do Grecji, dawnej Jugosławii dziś popularnej Chorwacji czy Turcji, nieraz przez wiele godzin czekałem w takich kolejkach. Pyknąłem fotkę, popatrzyłem, powspominałem w myślach stare ale wcale nie takie w tym zakresie dobre czasy i zapiąłem wsteczny, by ruszyć na północ szlakiem granicznym wzdłuż Buga. O i tu się zaczęła hardkorowa jazda. Droga wąska, prawie bez pobocza i do tego o fatalnej nawierzchni. Tu czas się zatrzymał. Nie tylko droga o standardzie PRL-owskiej normy z lat 60 czy 80 – tzw. „pralka” ale i architektura, zabudowania, obejścia, jakby przeniesione z siermiężnej komuny. Wiedziałem, że ściana wschodnia to zaniedbany rejon kraju, ale kolejne kilometry uświadamiały mi jak bardzo. Tą drogą jechałem pierwszy raz w życiu, bo nawet jak jeździłem na Mazury, a jeździłem przez wiele lat, to zawsze przez Lublin potem Radzyń Podlaski i albo Mikołajki albo w stronę Giżycka. Pokonywałem wolno kolejne kilometry i ogarniała mnie zaduma – przecież tu mieszkają Polacy. Ok – rozumiem, że nie stać ich na większe domy, na bogate ogrody, na huśtawki czy hamaki. Ale czy nie można koło tego starego, małego, skromnego domku posprzątać. Wywieść gruz z „rozwalonej” ściany starej obory, zezłomować metalowych pozostałości po przetrząsaczo – zgrabiarce do siana. Czy nie można wykosić trawy, czy nie można wyciąć samosiejek, jakichś krzaków, które rosną na dziko przy posesjach, naprawić czy wymienić zbutwiałe szczeble w drewnianym płocie. Jechałem i sprawdzałem czy na pewno rzekę graniczną Bug, mam po mojej prawej ręce czy czasami gdzieś mimo chodem nie przekroczyłem granicy z Ukrainą. Miałem wrażenie, że tam właśnie jestem, bo takie mam wyobrażenie o naszych sąsiadach zza Buga. Ale nie, cały czas byłem po nasze polskiej stronie. Na trasie przejazdu nie było żadnych większych miast, same wsie i małe miasteczka, jak Włodawa znana z faktu, że codziennie w komunikatach o stanie wód na obszarze kraju z radiowej jedynki, dowiadywaliśmy się jaki jest stan tzw. słup wody na Bugu. Małe sympatyczne miasteczko, ale też biednie wyglądające. I choć byłem tam w godzinach popołudniowych a przypomnę, że to dzień pierwszy podróży a więc piątek, to cisza, spokój, jak w niedzielne przedpołudnie gdy wszyscy odsypiają pracowity tydzień. Żadnych korków na skrzyżowaniach, gdzieniegdzie pojedyncze osoby na chodniku i tylko kilku „meneli” z butelką, co ważne i godne podkreślenia wody mineralnej, siedzących na ławeczce w rynku. Jedynie kościoły stanowią odnowiony element architektury tych terenów. Tak kościoły są zadbane, tereny przykościelne uporządkowane i obszerne parkingi przy nich zachęcają do postoju. Odnośnie parkingów to faktycznie a całej trasie pierwszego dnia a jak się później miało okazać i na trasie kolejnych etapów podróży, parkingi dla podróżnych stanowiły rzadkość. Jadąc wschodnią granicą korzystałem z parkingów przykościelnych i przycmentarnych. Na jednym z nich się zatrzymałem by „cosik” przekąsić. Jako, że dzień był upalny a zgodnie z prawem o ruchu drogowym przy postoju trwającym dłużej niż jedną minutę trzeba wyłączyć silnik, co skutkuje wyłączeniem klimy, otworzyłem okna. Po chwili zorientowałem się że do auta wleciało sporo much, zapewne odżywiających się na cmentarzu przyległym do parkingu na którym się zatrzymałem. Musiałem dłuższą chwilę później jechać z otwartymi oknami, by podmuchy wirujących mas powietrza wyssały te owady. Wolałem nie mieć ich towarzystwa.

Pierwszy nocleg

Tak dojechałem do Terespola. Tu zgodnie z moją logistyką miałem rozpocząć poszukiwania bazy na nocleg. Czasowo wszystko grało z planem podróży. Zgodnie z przed wyprawowymi założeniami w godz. 18 – 19 miałem znaleźć bazę na nocleg. Ujechałem zaledwie ok 10 km od Terespola i w Neplach natknąłem się na gospodarstwo agroturystyczne. Zajeżdżam na podwórze, pytam i mam nocleg. Niestety bez kolacji i śniadania ale za to pokój na parterze, a to najważniejsze. Pomoc przy wysiadaniu i dotarciu do pokoju zapewnił jegomość, który siedział na murku po sąsiedzku. Kolacyjkę zrobiłem sam z produktów które miałem z sobą. A że byłem odpowiednio przygotowany i właściwie do moich możliwości lokomocyjnych i manualnych spakowany to jakoś sobie poradziłem. Największy problem miałem z rozpakowaniem poszczególnych plasterków sera żółtego, które były oryginalnie otulone w folię. Ale też dałem radę. Wiedziałem tylko jedno, że problemem będzie wstanie z łóżka, bowiem samodzielnie to ja nie wstanę. W domu mam łóżko zaprojektowane i wykonane pod moje możliwości, ale z typowego łoża to niewykonalne. Dlatego zakładałem, że będę raczej korzystać z gospodarstw agroturystycznych, bowiem te prowadzą rodziny i zawsze jest jakiś mężczyzna, który mnie podniesie z wyra i pomoże winnych ewentualnie okolicznościach. Tu okazało się, że właścicieli nie ma, a gospodarki pilnuje starsza mocno pani. Znalazło się jednak szybko rozwiązanie, bowiem okazało się, że o siódmej otwierają sklep po sąsiedzku i przyjdzie „chłop” i mi pomoże. Tak też się stało i rano w asekuracji dosłownie atlety, zostałem doprowadzony do samochodu, spakowany, oprzyrządzony i z pytaniem czy coś jeszcze mogę dla pana zrobić – a to pytanie jak się później okazało było często zadawane – pożegnany.

Nowy pomysł

Odpaliłem auto, ustawiłem klimę na zadaną temperaturę, gdyż zapowiadał się kolejny upalny dzień i w drogę. Pierwsze miasto to Janów Podlaski. Małe ale sympatyczne miasto. Stąd zadzwoniłem do mojej znajomej z Przemyśla, która tu się urodziła i tu chodziła do szkoły by jej powiedzieć, że jestem w jej stronach. Objechałem rynek, a nie było zakazu wjazdu to mogłem i skierowałem się w stronę Hajnówki. Tu małe zaskoczenie bowiem na długości około 20 km, nawierzchnia drogi została gruntownie zmodernizowana, co po tylu kilometrach „kocich łbów” to uczucie ulgi i komfortu. Z Hajnówki do Białowieży też nie najgorzej. Wąsko ale równo. Sama Białowieża robi pozytywne wrażenie, czysto, schludnie i wszystko pod turystów. Noclegi w każdym domu, pamiątki na każdej ulicy, sklepiki, kawiarnie. A przez środek puszczy droga szutrowa do Narewki dostępna dla wszystkich. Można też wjechać do białoruskiej części parku, ale trzeba mieć wizę i potwierdzenie zamówienia przewodnika. Tam to nawet po lesie samemu nie można się poruszać, jak w Korei Północnej oczywiście. Teraz plan był taki – przez Gródek do przejścia granicznego w Bobrownikach a następnie do Białegostoku by obejrzeć pałac Branickich. Pojawiła się jednak myśl, by zrezygnować z jazdy do Białego, bo to 55 km w jedną stronę, tylko by szutrową drogą wzdłuż granicy z Białorusią, a taką mi nawigacja wskazała, pojechać do Kruszynian, gdzie znajduje się muzułmańska świątynia i nieopodal niej stary cmentarz, jako pomnik historii. Pomysł tej modyfikacji powstał po wcześniej wspomnianej rozmowie telefonicznej ze znajomą, która o tym miejscu mi wspomniała. Tu też powstała myśl, następnej wyprawy „szlakiem zamków i pałacy”. Wszak jadąc wzdłuż granic, by zobaczyć, bo w moim przypadku raczej nie zwiedzić - zamki czy pałace, trzeba by było zbaczać i zbaczać. Co prawda założyłem 10% na dojazdy do miejsc turystycznych ale przecież to lepiej zaplanować precyzyjną marszrutę i popenetrować miejsca związane z historią Polski. I tym sposobem obok dwóch przygotowywanych już projektów wypraw w ramach programu „pokonać niepełnosprawność w drodze po obrzeżach świata” narodził się kolejny. Spontaniczność ma swoje dobre strony. No i elastyczność. Założenie moich podróży to właśnie elastyczność, nic a siłę. Jak da rady to dalej, jak nie da rady to krócej, jak coś ciekawego to stajemy, jak nie ma nic wartego uwagi to do przodu.

Miły gest

Jako że zrezygnowałem z przejazdu przez Białystok, zaoszczędziłem kilka godzin co pozwoliło mi na dojazd wieczorową porą do Augustowa. Tu droga odbijała nieco od granicy ale wynikało to z faktu, że przez puszczę augustowską z Lipska do Sejn nie prowadzi żadna droga. W Augustowie znów szukałem noclegu. Druga napotkana kwatera i jest wolny pokój - ale na piętrze. Dylemat, zastać czy szukać dalej. Zastała mi zapewniona jednak męska pomoc, to zostałem. Okazało się, że syn właścicielki to sportowiec, trójboista – to nie było strachu. Pytam się czy można zamówić kolację i śniadanie. Ale to nie pensjonat tylko kwatera prywatna bez wyżywienia. Gdy jednak właścicielka, która jak się później okazało też, podobnie ja była belfrem, zobaczyła jaki ze mnie kaleka i co ja realizuję, zrobiła pyszną kolację, poczęstowała obfitym śniadaniem i nie doliczyła ani grosza do ceny za nocleg. Miłe to takie jak ktoś nie tylko wspiera słowem ale świadczy dodatkową usługę i choć ponosi koszty to cieszy się, że mógł pomóc. Przecież byłem tyko klientem i to na jedną noc. Rano oczywiście zostałem postawiony na nogi (przypomnę - sam z łóżka nie wstanę) i sprowadzony do samochodu, zapakowany i z życzeniami szerokiej drogi wyjechałem do Sejn. Zanim jednak znalazłem się w Sejnach zaliczyłem stare już nieczynne przejście graniczne w Ogrodnikach. Dalsza droga to Szypliszki i Bobrowniki. Tu pograsowałem po starej infrastrukturze granicznej. Pojeździłem po terminalu do odpraw ciężarówek i udałem się na Litwę.

Na trójstyku granic

Daleko nie jechałem, może z kilometr w głąb Litwy. Zawróciłem i ruszyłem w kierunku trójstyku granic. To miejsce w pobliżu Wiżajn a dokładnie w miejscowości Gromadczyzna. Stykają się tu trzy granice Polski, Litwy i Rosji. Punkt styku znajduje się ok. dwustu metrów od drogi. Jest tu mały parking i można pospacerować. Ja jednak nie zatrzymałem się i nie spacerowałem, wychodząc z założenia, by lepiej nie drażnić swoją osobą tego wielkiego terytorialnie ale małego moralnie niedźwiedzia, wiedząc, że to właśnie w obwodzie kaliningradzkim, wzdłuż którego będę teraz pomykał, Putin zainstalował wyrzutnie rakiet balistycznych, które są wycelowane w polskie miasta. Mknąłem dalej. Drogi niestety kiepskie. Sądziłem, że tu będzie lepiej, ale moje nadzieje były płonne. Niektóre fragmenty tego obwodowego mazurskiego szlaku były już po modernizacji, na niektórych prowadzono prace. Większość dystansu pokonałem jednak drogami bez liftingu. Widać, że coś pozytywnego się dzieje w przeciwieństwie do centralnego wschodu. Krajobraz typowo mazurski. Teren pofałdowany, po prawej stronie drogi zalesiony, po lewej łąki i pola uprawne, wykorzystywane rolniczo. Niewiele obszarów leżących odłogiem. Rzuca się w oczy wielkopowierzchniowość gospodarstw rolnych. Tu nie ma jak przy wschodniej granicy małych poletek i takiej szachownicy płodozmianów. Tu dominuje monokultura. Płat pola z jedną odmianą zebranego już o tej porze roku zboża ze 100 a może z 200 ha. Trudno powiedzieć, bo końca tego łanu nie widać. Tak pomyślałem, że jak rolnik jedzie z orką to z godzinę mu pewnie zajmie jazda w jedną stronę. A sprzęt hoho, pewnie unijny, bo Ursusa albo Zetora to tu już ciężko wypatrzeć. Same „bolidy” rolnicze z pługami minimum sześciolemieszowymi, a widziałem i na dwanaście. Przypomniała mi się tu pewna historia opowiadane dawno temu z przekąsem. W Związku Radzieckim w kołchozach pola były tak duże, że jak traktorzysta wyjeżdżał rano z orką, to w jedną stronę jechał cały dzień. Gdy już dojechał pod wieczór to nocował w szopie i o poranku ruszał w drugą stronę. Pewnie tak nie było, ale mania wielkości tamtego systemu generowała takie opowieści.

Ach te drogi

Mijając stare poniemieckie zabudowania, pomykałem dalej mazurskimi wąskimi i bardzo niebezpiecznymi drogami. To właśnie tu na Warmii jest najwięcej wypadków drogowych. Wynika to z danych statystycznych publikowanych co roku przez Komendę Główną Policji. Bezpośrednią przyczyną takiego stanu rzeczy jest infrastruktura drogowa. Wąskie, przeważnie o złej nawierzchni, choć nie takie kręte i drzewa w skrajni drogi. To na nich ginie i traci zdrowie najwięcej osób. Tu nie ma poboczy, bo na nich gęsto rosną olbrzymie drzewa, których korzenie dodatkowo fałdują asfalt. Nie ma marginesu, nie ma strefy wybaczania błędów. Tu każda nieuwaga, każdy błąd – a przecież każdemu może się przydarzyć, może mieć tragiczne konsekwencje. A dodatkowo piesi, rowerzyści i pojazdy rolnicze. Przecież oni też muszą się poruszać. Nadzieją dla pieszych i rowerzystów jest obecnie budowany i to naprawdę intensywnie bo na niemal całej długości od Gołdapu do Bartoszyc, szlak rowerowy w ramach unijnego programu. Drzewa o których wspomniałem, były sadzone przez mieszkających na tych terenach przed laty Niemców, którzy podróżowali wówczas konno, a korony tych drzew zapewniały cień w upalne dni. Dziś stanowią realne niebezpieczeństwo. Nawet jeżeli niektóre z tych alei drzewnych stanowią wartość przyrodniczą, czyż nie można zabezpieczyć ich barierami, tak by zminimalizować skutki zdarzeń drogowych. To szerszy temat i nie będę go tu rozwijać. Przy tym szlaku wielkich zabytków nie ma, ale ciągle widać stare poniemieckie zabudowania mieszkalne i gospodarcze czy kościoły. Nie omieszkałem zboczyć z traktu i obejrzeć również poniemieckie charakterystyczne dla tego terenu mosty kolejowe. Północne ostępy Warmii mazur w przeciwieństwie do mazurskich ośrodków turystycznych prezentują się raczej biednie.

Ze śniadaniem do pokoju

Nocleg znalazłem dopiero w Lidzbarku i to w hotelu. Szukałem agroturystyki ale ku mojemu zaskoczeniu w tych okolicach nic nie było. Musiałem odbić z 20 km na południe bo nocka się zbliżała. Hotel – miałem obawy, kto pomoże, jak tu sobie samemu poradzić, jak to będzie. Zajechałem pod drzwi wejściowe – czekam, może ktoś się zjawi. No i zaskoczenie. Podeszła recepcjonistka, a ja powiedziałem co i jak. Okazało się, że mają pokój dla niepełnosprawnych.Kazali samochód zostawić pod drzwiami, by było bliżej, zawołali kucharza, by mi pomógł przedostać się do pokoju i obiecali, że śniadanie przyniosą do pokoju, bym nie musiał wchodzić do sali restauracyjnej. A w razie czego – dzwonić do recepcji. No ful wypas, pomyślałem – nie jest źle.

Ukochane morze

Następnego dnia opuszczam mazury i zbliżam się do morza. Morza nad które zawsze lubiłem przyjeżdżać. Na horyzoncie pojawił się Frombork. Tu zawitałem do portu nad zalewem. Stanąłem samochodem przy nabrzeżu i patrzyłem, tak normalnie patrzyłem. Nie omieszkałem również objechać zespołu wzgórza katedralnego i wieżą Kopernika. To tu Mikołaj Kopernik opracował dzieło „O obrotach sfer niebieskich”, które odmieniło dotychczasowe pojęcia o wszechświecie. I dalej wzdłuż linii brzegowej zalewu wiślanego do Stegn. Tu z kolei odwiedziłem kolegę Andrzeja, który z grupą młodzieży z Ośrodka Szkolno Wychowawczego spędzał czas na obozie. Oczywiście wjechałem na mierzeję i przez Krynicę dotarłem do samiutkiego jej końca, aż pod granicę z „Rosyją”. Musiałem oczywiście zawrócić, bo innej opcji nie było. Kolejny przystanek to Sopot. Najpierw odwiedziłem pensjonat nad samym morzem, w którym przez kilkanaście lat co roku spędzaliśmy rodzinne wczasy, a potem zaparkowałem w pobliżu Monciaka i też chwilę dłuższą posiedziałem, patrząc i wspominając jak tędy spacerowałem z żoną i dziećmi z lodami z Milano. Obrałem kierunek na Władysławowo. Była godzina szesnasta, a więc szczyt ruchu powrotnego z pracy. Dlatego zrezygnowałem z odwiedzin portu w Gdyni, bo obawiałem się, że utknę w korkach. Muszę jednak przyznać, że trójmiasto ma świetnie zsynchronizowaną komunikację i przejazd nie stanowił najmniejszego problemu. Dotarłem do Władysławowa, gdzie w ekskluzywnym pensjonacie ANKORIA spędziłem kolejną noc. Tu również otrzymałem wszelaką pomoc od miłych gospodarzy i z życzeniami powodzenia zostałem odprawiony w dalszą drogę.

W porcie wojennym

Hel był kolejnym punktem pośrednim. Gdy zbliżałem się do Jastarni, usłyszałem w wiadomościach radiowych, że Prezydent Duda spóźnił się na uroczystość rozpoczęcia roku szkolnego właśnie do szkoły w Jastarni. O będzie kłopot, pewnie drogę zablokują – pomyślałem. Jadę, jadę, wypatruję blokady a tu nic. Widziałem tylko dwa policyjne radiowozy i tyle. Jakieś nowe standardy? Objechałem Hel z przejazdem przez dwa porty morskie – rybacki i wojskowy, zwany wojennym. Tak wojskowy. Gdy podjechałem pod bramę wyszedł strażnik, a w zasadzie ochroniarz i po rozmowie ze mną wpuścił mnie na teren portu. Wróciłem przez Władysławowo na stały ląd i przez Jastrzębią Górę, do Smołdzina. Byłem bowiem umówiony z moim kolegą Adamem, który tu kupił dom i tu zamieszkał. Kolację przyrządzoną przez Renię, żonę Adama zjedliśmy w ogrodowej werandzie i długo rozmawialiśmy.

Na plaży w Smołdzinie

Kolejny dzień to przerwa w podróży, ale dzień pełen wrażeń. Najpierw wizyta w Urzędzie Gminy, na terenie którego leży niemal całość słowińskiego parku narodowego. Bardzo wartościowa rozmowa z wójtem i sekretarzem gminy, o wojskowych przyczynach utworzenia parku i o kolosalnych problemach dla mieszkańców z racji tej lokalizacji. Wójt dwukrotnie spotykał się w kwestii normalizacji sytuacji z premier Kopacz, kilkukrotnie z ministrem środowiska. Wszyscy przyznają rację, ale nic się nie zmienia. Nawet łzy pani premier nie pomogły, podsumował wójt. Po pysznym obiedzie, przyrządzonym oczywiście przez gospodarzy, wypad na plaże. Adam otrzymał zgodę na wjazd samochodem na teren parku, aż do parkingu przy samej wydmie. Do przejścia pozostało kilkanaście metrów po piachu. Mój przyrząd do przemieszczania się okazał się w tych warunkach niewydolny. Asekurowany, a dokładnie to wleczony, bo inaczej nie dało rady, przez Adama i Renię, pokonałem przejście przez wydmę i usiadłem na plaży. Pierwszy raz od pięciu lat mogłem rozkoszować się morzem, słońcem i plażą. Smołdzińska plaża jest bardzo szeroka, ma aż sto metrów, dlatego nie podjąłem próby dotarcia do linii brzegowej. Ale to tak dla mnie było spore osiągnięcie. Wdrapałem się też na nadmorski punt widokowy, z którego rozciągał się piękny widok na całą okolicę.

Wzdłuż linii brzegowej

Następnego dnia wyprawiony przez nadmorskich przyjaciół, ruszyłem w dalszą drogę wzdłuż Bałtyku. Pierwsza była Ustka. Po objechaniu kurortu podjechałem pod bramę wjazdową do jednego z dwóch w Europie poligonów morskich. Dokładnie w 2010 r. miałem okazję zwiedzić ten poligon i spotkać się z jego dowództwem. Było to ciekawe doświadczenie, a było ono możliwe dzięki ówczesnemu wiceprezydentowi Słupska, który był emerytowanym jakimś admirałem marynarki wojennej, a którego byłem gościem przez cztery dni w ramach unijnego programu oświatowo-samorządowego. Jadąc dalej odwiedzałem poszczególne miejscowości wypoczynkowe, zlokalizowane nad naszym, bo polskim morzem. Dotarłem do zachodniej granicy czyli Świnoujścia.

Smażone rybki

Nocleg miałem zaplanowany we Wrzosowie, koło Dziwnowa, u znajomych z Przemyśla. Jaki ten świat mały. Gdy na fb poinformowałem, że jadę, otrzymałem kilka propozycji noclegów. I jak tu nie skorzystać z tak sympatycznego zaproszenia. Wróciłem te parę kilometrów ze Świnoujścia do Wrzosowa i zameldowałem się pod wskazanym adresem. Jako, że pani Ania Sielska u której w mieszkaniu miałem nocować, była już w domu w Przemyślu, na pomoc przy wysiadaniu z samochodu i przejściu, wyszła pani profesor Skubisz, wspaniała polonistka przemyskiego II LO z mężem. Pani Basia ma obok swojej córki bliźniacze mieszkanie. A że panią profesor znam od blisko trzydziestu lat,to nie czułem się skrępowany. Zanim ulokowałem się w pokoju, spędziłem miły wieczór w miłym towarzystwie. Oprócz przesympatycznych gospodarzy, w odwiedzinach był również znany chyba już na całym świecie przemyski ornitolog, również mi wcześniej znany (nasi rodzice byli przyjaciółmi) Przemysław Kunysz z rodziną. Na kolację była smażona rybka a precyzyjnie rzecz ujmując rybki. Najpierw dorsz, uuu palce lizać, potem mój morski przysmak, flądra i na dokładkę małe okonie, złowione przez gospodarza na wędkę. Śniadanie też rybne i pyszne.

Zachodnią granicą na południe

Kolejny dzień to jazda na południe wzdłuż zachodniej granicy. Z rekonesansu zrobionego przed wyjazdem wiedziałem, że na tym etapie, jedynie Szczecin jest wart dłuższego „objechania”. Tak też zrobiłem. Pojeździłem po starym mieście, zaliczyłem Wały Chrobrego i na południe. Po drodze nic szczególnego. Wsie, małe miasta, miasteczka, na ogół skromnie a nawet biednie wyglądające. Drogi też nie najlepsze, choć wstosunku do szlaków wschodnich to o lepszej nawierzchni. Nocleg w granicznym Zgorzelcu. Klikam w nawigację POI - hotele i pojawia się kilkadziesiąt ikon z hotelami. O, myślę ale wypas. Wchodzę wpierwszy, drugi, trzeci, a tu same niemieckobrzmiące nazwy. Zorientowałem się, że z tych zapewne ponad dwudziestu hoteli, które pokazała mi nawigacja tylko dwa – dokładnie dwa, były po polskiej stronie granicy. W moim samochodzie mam oryginalną nawigację Toyoty z mapami całej Europy. Trzeba uważać w strefie przygranicznej, bo dla nawigacji granice są nieistotne. Tu też nie było problemu z pomocą dla niepełnosprawnego turysty.

W zagłębiu rajdowym

Kolejny dzień zacząłem od zwiedzania zlokalizowanej w „polskim bucie” Bogatyni. Znanej głównie z medialnych informacji po powodzi i ogromnych zniszczeniach, które wyrządził niepozornie wyglądający potok, meandrujący między łużycką i alzacką zabudową miejską. Dziś Bogatynia jest pięknie odnowiona, a po powodziowych spustoszeniach ani śladu. W porównaniu do wielu małych i średnich na ogół zaniedbanych miasteczek, przez które miałem okazję przejeżdżać to Bogatynia wypada wzorowo. Widać, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Co prawda jest to jedna z najbogatszych gmin w Polsce, bo na jej terenie znajduje się kopalnia węgla brunatnego i potężna elektrownia Turów. Jechałem dalej południową stroną. Te tereny i te drogi są mi dobrze znane, bo to zagłębie rajdowe i od przeszło trzydziestu lat co roku gościłem w tych terenach na imprezach rajdowych.

Wszelaka pomoc

Nic do tej pory nie pisałem o zakupach i tankowaniu. Przecież trzeba zasilić paliwem samochód i brzunio. Zakupów w sklepach nie musiałem robić, bowiem wszystko co było potrzebne miałem z sobą w mim niezbędniku po stronie pasażera. A z tankowaniem, nie było żadnych problemów. Korzystałem za stacji ORLEN. Tu nie tylko kupowałem paliwo ale również hot-dogi, które stanowiły dla mnie obiad i czasami kolację oraz pitną czekoladę czy kawę. System na Orlenie jest taki – gdy podjedzie inwalida, trzy razy daje sygnał klaksonem. To dla obsługi znak, że mają wyjść i obsłużyć. Tylko raz tak uczyniłem, bo jakoś głupio mi było trąbić. Zawsze prosiłem przypadkowe osoby o poinformowanie pracownika stacji, że chcę skorzystać z pomocy. Tankowali, przynosili, jedzonko, jak prosiłem umyli szyby, czy sprawdzili ciśnienie w oponach i zawsze zapytali się, czy mogą jeszcze w czymś pomóc. Po prostu pełna obsługa i kultura.

Ostatnie kilometry

Cóż będę pisał o kolejnych dniach. Jechałem, jechałem, górskimi drogami, oglądałem co mogłem zobaczyć, podziwiałem podgórski i górski krajobraz, gdzieniegdzie się zatrzymywałem by dokładniej się przyjrzeć lub zrobić fotkę. Tak pokonałem ostatnie kilkaset kilometrów i przez dużą równie świetnie mi znaną pętlę bieszczadzką, wieczorkiem w domu zameldowałem o wykonaniu zadania.

Zapraszam do obejrzenia relacji fotograficznej z wyprawy.

Podsumowanie

Co zaplanowałem to zrealizowałem i samodzielnie objechałem nasz kraj wzdłuż jego granic. Wszystko przebiegło zgodnie z założeniami - nie było żadnych niespodzianek, przygód czy kłopotów. Pozostają same pozytywne wrażenia i wspomnienia, zarówno z etapu planowania i przygotowań jak i samej realizacji. Choć przed wyruszeniem w drogę miałem pytania od znajomych – „czy wiem co robię, czy się nie boję” i zdawałem sobie sprawę, że nie jeden choć mi tego nie mówił to myślał - czy to mądre czy rozsądne, by w moim stanie sprawności fizycznej, gdzie jestem zależny od pomocy osób drugich przy wykonywaniu wielu czynności życiowych, porywać się na coś takiego. A jednak „chcieć to móc”. Dziękuję tym co we mnie wierzyli, co mi zaufali, bo wiedzieli, ze jestem odpowiedzialnym człowiekiem i nie porywałbym się z przysłowiową motyka na słońce. Dziękuję właścicielom Centrum Budownictwa EREM-MRÓWKA z Przemyśla za wsparcie mojego projektu, prezesowi Polskiego Związku Motorowego za patronat nad projektem, firmie TOYOTA Motor Polska za bezpłatną aktualizację nawigacji i przegląd samochodu, tym którzy mnie zaprosili na nocleg do swoich domów nad morzem i zapewnili dodatkowe atrakcje. Dziękuję wszystkim, którzy pomagali w przygotowaniach do wyprawy,a szczególnie mojemu tacie za umiejętne modyfikacje mojego samochodu, umożliwiające względną samodzielność w jego kokpicie i administratorowi mojej strony internetowej. Wszystkim znajomym z fb którzy śledzili moje poczynania i je komentowali. I wszystkim napotkanym bezimiennym i nieznanym mi osobom, które miałem okazję i wielką przyjemność spotkać po drodze za okazaną pomoc, życzliwość, zrozumienie. Ludzie są wielcy – teraz wiem, że z wami i takimi jak wy można nie tylko Polskę objechać ale naprawdę z motyką słońce okrążyć. Nikt w czasie podróży nie odmówił pomocy, a życzliwość z jaką mi pomagano zasługuje na podkreślenie. Jestem zbudowany postawą Polaków.

Go to Top