1. Skip to Menu
  2. Skip to Content
  3. Skip to Footer

Historia choroby

HISTORIA CHOROBY

1976r. Paraliż lewej strony ciała, usunięcie guza z rdzenia kręgowego.
1977r. Niestabilność kręgosłupa szyjnego, przeszczep kości do kręgosłupa.
1994r. Porażenie czterokończynowe, złamanie przeszczepu kręgosłupa.
2007r. Odrost guza, operacyjne usunięcie nerwiaka z kanału kręgowego.
2010r. Paraliż czterokończynowy, wstrząśnienie rdzenia.
2012r. Porażenie prawostronne.
2013r. Porażenie spastyczne czterokończynowe.
2016r. Paraliż czterokończynowy z uszkodzeniem oddychania, wstrząśnienie rdzenia.
2016r. Udar niedotlenny, zakrzepica płucna i skrzeplina na przedsionku serca, problemy z mową, jedzeniem, oddychaniem.

Walka trwa

 

Pierwsze oznaki

Była jesień 1975 roku. Siedziałem w czwartej ławce na lekcji fizyki, gdy nagle przed oczyma zaczęły mi się pojawiać niewielkie przeźroczyste okręgi. Miały średnicę od kilku milimetrów do dwóch centymetrów. Miałem wrażenie, że przez tablicę, ścianę i osoby widzę wszechobecny wszechświat, kosmos. Zjawisko to trwało nieco ponad minutę. Na kolejnych zajęciach źle się poczułem i postanowiłem zwolnić się z ostatniej lekcji. W drodze do domu w autobusie marki San, linii nr 23 Bakończyce – Ostrów zaczęło mi się kręcić w głowie i zbierać na torsje. Wysiadłem na najbliższym przystanku i na skwerku tzw. małpim gaju przy ulicy Jagiellońskiej pozbyłem się zawartości mojej otrzewnej. Trzy miesiące później, stojąc na poniedziałkowym apelu szkolnym, odniosłem wrażenie, że palce w lewej ręce są jakby zrobione z gumy. Pomyślałem, że to wynik przemarznięcia w drodze do szkoły spowodowany niską temperaturą na zewnątrz. Czas mijał, a ja znajdowałem różne wymówki i usprawiedliwienia na takie drobne zmiany w funkcjonowaniu mojego organizmu. Gdy jednak poczułem osłabienie nogi i ból w kolanie, powiedziałem o tym rodzicom. Już tego samego dnia byłem na prywatnej wizycie u neurolog dr Brejtmajer. Po rutynowym badaniu "wydała" diagnozę. SM, Sclerosis Multiplex, stwardnienie rozsiane. Choroba po dziś dzień nieuleczalna. Zaproponowała hospitalizację i standardowe leczenie. Rodzice szybko zaczęli załatwiać klinikę w Warszawie. Dzięki znajomościom udało się zarezerwować lóżko na koniec czerwca w Instytucie Neurologicznym w warszawskim Wilanowie. Pracował tam docent Cendrowski, który specjalizował się w zaleczaniu SM-u.
W okresie tych trzech tygodni oczekiwania stan mojego zdrowia coraz szybciej się pogarszał. Ręka stawała się wiotka, z dnia na dzień z mniejszym zakresem ruchów i mniejszą siłą. Nie mogłem już zawiązać butów, nie mogłem zjeść jajka na miękko, bo ciężko mi było go przytrzymać lewą ręką. Coraz większe kłopoty zacząłem mieć z chodzeniem.

W instytucie

Po przyjęciu na oddział już w tym samym dniu wykonano mi rutynowe badanie neurologiczne, które wykazało, że moje dolegliwości nie są spowodowane stwardnieniem rozsianym. Lekarz powiedział, że nie wie, jaka jest przyczyna mojego stanu, ale na pewno to nie jest SM. Z jednej strony była to ulga dla moich rodziców, z drugiej niepewność, co dalej. Rozpoczęły się badania. Na początek punkcja lędźwiowa. Wejście igłą do kanału kręgowego w odcinku lędźwiowym i pobranie płynu mózgowo-rdzeniowego. To badanie nie wykazuje żadnych zmian. Mój płyn ma właściwe zabarwienie, właściwą strukturę.

Był rok 1976, diagnostyka medyczna opierała się na badaniach konwencjonalnych. Lekarze nie dysponowali wówczas tomografią komputerową, nie mieli rezonansu magnetycznego, nie znana była również technologia USG. Rozpoczęła się seria inwazyjnych badań. Kolejne jednak nic nie wykazywały. Ręka całkowicie przestała reagować na moją wolę jej użycia. Dosłownie wisiała i zaczęła szczupleć, gdyż postępował zanik mięśni. Starałem się jeszcze chodzić, ale lewą nogą już tylko sunąłem. Musiałem poruszać się, trzymając się poręczy, by nie stracić równowagi. Nie mogłem jeździć też na wózku inwalidzkim, gdyż miałem sprawną tylko jedną rękę, więc gdy nią kręciłem rękojeść koła, to obracałem się a nie posuwałem do przodu. Wózki wówczas nie miały blokady osi tzw. szpery.

Wieczorem przywieźli nowego pacjenta. Położyli go na naszej sześcioosobowej sali vis-à-vis mnie. Nie wiedzieliśmy, jak się nazywa i czemu tu trafił, bo kontakt z nim był ograniczony. Niewiele mówił, a jak mówił, to nie wiedzieliśmy, o co mu chodzi. Po chwili poszedł do ubikacji. Wracając, rozwijał rolkę papieru toaletowego, w ten sposób znacząc drogę. Po chwili znów wyruszył w oznaczoną drogę. Trochę dziwiliśmy się, trochę śmialiśmy się z jego zachowania. Zaczęliśmy wówczas przypuszczać, że jego zachowanie jest przyczyną hospitalizacji. Noc minęła spokojnie. Rano przyszła pielęgniarka pobrać temu pacjentowi krew. Nie mogła go dobudzić, postanowiła, że pobierze mu na śpiąco. Poprosiła mnie, bym potrzymał jego rękę. Gdy weszła w żyłę, nie wypłynęła krew. Wyciągnęła igłę i zaczęła mierzyć ciśnienie. Wiedziałem, że co jest nie tak, bo szybko wybiegła z sali. Za moment pojawiło się sporo lekarzy i pielęgniarek. Rozpoczęła się akcja reanimacji. Niestety, nie udało się uratować tego mężczyzny. Umierał na moich oczach. Jak się później okazało (zresztą w wielkiej tajemnicy), był to opozycjonista wypałowany przez milicję lub służbę bezpieczeństwa.

Po trzech tygodniach pobytu w szpitalu, w połowie lipca przeprowadzono wszystkie dostępne i możliwe do wykonania badania. Każde z nich nie wykazywało żadnej przyczyny paraliżu. Wszystkie podejrzenia lekarzy, wszystkie hipotezy były wykluczone. Pojawił się ciekawy przypadek. Młody chłopak całkowicie lewostronnie sparaliżowany, a przyczyny brak. Zwoływano kolejne konsultacje, organizowano konsylia medyczne. Przyjeżdżali mnie badać lekarze ze Szwecji, Niemiec i nic. Rozpoczęto drugą turę tych samych badań, zaczynając ponownie od punkcji. Kolejne to arteriografia. Wejście grubą jak zapałka igłą do tętnicy szyjnej, wstrzyknięcie kontrastu i wykonanie serii zdjęć głowy. Za pierwszym razem udało się przeprowadzić to badanie bez większych problemów. Może za trzecim, może za czwartym wkłuciem lekarzowi udało się wejść we właściwą tętnicę. Tym razem było niestety znacznej trudniej.

W pierwszym dniu po wielu bolesnych wkłuciach nie udało się trafić. Za trzy dni ponowiono badanie. Szyja była napuchnięta i obolała. Ale czas naglił. I tym razem pomimo wielu prób badanie zakończyło się fiaskiem. Po kolejnych dwóch dniach ponownie przetransportowano mnie na salę zabiegową celem wykonania tego badania. Tym razem wkłuwać miał sam szef instytutu. Wiedziałem, że będzie boleć i prosiłem, by dali jakieś środki przeciwbólowe. Podali dwie pastylki. Dopiero w kilka dni po badaniu dowiedziałem się, że było to placebo. Dwie witaminki. Nie można było bowiem podać żadnego środka przeciwbólowego, by nie zamazać obrazu badania. Zresztą w tamtych czasach środki przeciwbólowe stosowano rzadko. Nie przejmowano się, że boli. Tym razem udało się skutecznie przeprowadzić badanie. Ale i to nic nie wykazało. Zapadła decyzja o przewiezieniu mnie do kliniki na Banacha w Warszawie do prof. Wisławskiego, bowiem tylko tam przeprowadzało się mielografię. Bardzo niebezpieczne, ryzykowne badanie, polegające na wkuciu się igłą w kanał kręgowy między czaszką a pierwszym kręgiem tzw. obrotnikiem, wstrzyknięciu kontrastu i wykonaniu serii zdjęć kręgosłupa. Jeżeli kontrast spłynie do części ogonowej, to znaczy, że kręgosłup jest czysty. Niebezpieczeństwo polega na tym, że podczas badania można uszkodzić albo korzeń ruchowy albo rdzeń i wówczas jest już po wszystkim. Trwałe kalectwo. Badanie rzadko wykonywane, tylko w sytuacjach koniecznych. Udało się go przeprowadzić bez przykrych konsekwencji. Ale i ono nic nie wykazało. Po tygodniowej diagnostyce na Banacha ponownie wróciłem do Instytutu. Lekarze dalej zastanawiali się, co można jeszcze dla mnie zrobić. Przez cały pobyt w szpitalu nie traciłem nadziei. Wierzyłem, że się uda. Czekałem, kiedy w końcu zaczną mnie leczyć, podawać jakieś tabletki, a nie tylko męczyć badaniami. Był tylko raz taki moment, trwało to może z 30 sekund, gdy pomyślałem, że pewnie mnie już nie wyleczą, że pewnie będę kaleką do końca życia. Nie zdawałem sobie jednak sprawy z tego, że to życie byłoby bardzo krótkie. Szybko odrzuciłem te myśli. Gdy leżałem kolejny dzień bez badań, bo wszystkie możliwe zostały już wykonane, lekarze odbywali kolejne konsultacje. W pierwszych dniach sierpnia, gdy leżąc w łóżku czytałem książkę, przyszedł do mnie prof. Kulczycki i z uśmiechem na twarzy powiedział: "Wiemy już, co ci jest, będziesz miał operację". Ucieszyłem się, że w końcu zaczną mnie leczyć, a nie tylko badać i badać.

Diagnoza

Okazało się, że prof. Kozłoski, radiolog z Wojskowej Akademii Medycznej na Szaserów w Warszawie, a była to wówczas najlepsza klinika w Polsce, zdiagnozował u mnie zmianę nowotworową - guza na rdzeniu w odcinku szyjnym. Jako, że stanowiłem ciekawy przypadek medyczny, prof. Kozłoski zawnioskował do szefa kliniki, by przyjąć mnie na oddział neurochirurgii. Nie było to takie proste, bowiem była to klinika wojskowa i prominencka. Zgoda została jednak wydana, a ja mogłem się tylko cieszyć, że tam się dostałem. W ramach przygotowań do operacji przeprowadzono jeszcze dodatkowe badania w postaci arteriografii pachwinowej. Badanie polegające na wkuciu się do tętnicy w pachwinie, podanie kontrastu i wykonanie serii zdjęć odcinka szyjnego. Badania te potwierdziły obecność guza i sprecyzowały jego lokalizację. Zapadła decyzja o przeprowadzeniu operacji.

W szpitalu tym oprócz prominentów, generałów, leżeli też niżsi rangą oficerowie i zwykli poborowi żołnierze. Jak wiadomo, wojsko przeważnie się nudzi, to z nadmiaru wolnego czasu wymyśla różne mniej lub bardziej głupie lub śmieszne historie. Nie inaczej było i na naszej siedmioosobowej sali. Pomimo, że neurochirurgia to najtrudniejszy szpitalny oddział - tu się kroi tylko głowy i kręgosłupy, połowa pacjentów jest sparaliżowana, część umiera, żołnierze wymyślali różne humorystyczne kawałki. Razu pewnego położyli na naszej sali młodego żołnierza. Zawsze od nowoprzyjętego pobiera się krew i mocz. Ta procedura została również zastosowana do tego młodego "kota". Gdy wyszedł z sali do ubikacji z zamiarem oddania moczu, postawiliśmy mu na szafce podpisany jego nazwiskiem pojemnik. Gdy wrócił, przekazaliśmy mu informację, że była tu siostra i kazała zgromadzić pół pojemnika śliny do badania. Młody oczywiście potraktował to serio i żwawo przystąpił do plucia. Szybko jednak wyschło mu w ustach więc poradziliśmy mu, by kupił w szpitalnej kantynie gumę do żucia, tłumacząc mu naukowo, że żucie ułatwia produkcję śliny. Pluł niemal cały dzień. Gdy oddawał zgromadzoną zawiesinę, towarzyszyli mu wszyscy, którzy mogli się samodzielnie poruszać. Śmiechu było co niemiara. Innym razem pielęgniarka przyniosła jak zwykle pojemnik na mocz. A rekrut wykombinował nową historię. Skołował dużą ponad półlitrową butelkę. Wypełnił ją herbatą z cytryną. Kolorystycznie napój ten wyglądał jak mocz. Poszedł z pełną powagą do pielęgniarek zameldować im wykonanie zadania. Te, gdy to zobaczyły, powiedziały, że to za dużo, że to nie tyle. Na to rekrut odparł: "Nie ma sprawy, jak za dużo to…" - następnie odkręcił korek i wypił połowę duszkiem. Jakie było zdziwienie pielęgniarek, a ile było potem śmiechu.

Operacja

Dzień przed zabiegiem zjadłem tylko śniadanie i zrobiono mi lewatywę. Byłem pozytywnie nastawiony. Wiedziałem, że tylko usunięcie guza może mi uratować sprawność i życie. Na sali przedoperacyjnej żartowałem z uroczymi pielęgniarkami. Pamiętam doskonale, jak do biegówki podłączyły kroplówkę. Gdy poluzowały zaworek, doliczyłem się tylko trzech kropli i film mi się urwał. Zasnąłem. Gdy podniosłem powieki, wydawało mi się, że to dosłownie ta sama chwila, że ja tylko zmrużyłem oczy. Zaczęło powoli jednak do mnie dochodzić, że to inna sala, że jestem podłączony do czterech kroplówek, a nie jednaj i że jest przy mnie jedna pielęgniarka a nie kilka. Leżałem sam na sali pooperacyjnej trzy dni. Byłem karmiony kroplówkami i papkami.

Gdy ja smacznie spałem, zespół neurochirurgów pod kierunkiem prof. Zygmunta Rudnickiego przystąpił do działania. Z dojścia tylnego weszli do kanału kręgowego - a tam zaskoczenie, układ guza inny niż zakładano, inny niż sugerowały wyniki badań, inny niż opisywane w literaturze medycznej przypadki. Operację przerwano i zarządzono konsylium. Moja mama siedziała na korytarzu, czekając na koniec operacji. Gdy zobaczyła schodzących się do sali operacyjnej lekarzy, wiedziała, że coś jest nie tak. Chciała się czegoś dowiedzieć, ale nie było od kogo. W końcu z bloku operacyjnego wyszedł pracownik techniczny, który dostarczył nową butlę z tlenem. Zdenerwowana mama zapytała, czy coś wie. A on na to: "Pokroili, pokroili i nic". Była bliska omdleniu. Że są komplikacje, to już wiedziała. Musiała jednak wytrzymać kolejnych kilka godzin, zanim dowiedziała się, jaki przebieg i jaki finał miał zabieg. Gdy z bloku operacyjnego wyszedł prof. Rudnicki, poprosił mamę do gabinetu. Gdy weszli, profesor usiadł na kanapie. Sprawiał wrażenie krańcowo zmęczonego człowieka. Powiedział: "Ja zrobiłem, co mogłem, reszta w rękach Boga. Operacja się udała, guz został wycięty i poszedł do badania histopatologicznego". Teraz tylko trzeba było czekać na wynik badania: jaką guz miał postać i jakiej był kategorii oraz czy paraliż ustąpi. Komplikacja w trakcie operacji wynikała z faktu lokalizacji guza. Składał się on z dwóch części połączonych ze sobą cienką jak nić przewiązką. Jedna część wbijała się klinem w rdzeń kręgowy, powodując ucisk rdzenia a tym samym blokadę przepływu bodźców z receptorów zlokalizowanych po lewej stronie ciała. Druga część penetrowała między kręgami. Ze względu na tę niespotykaną do tej pory strukturę budowy tego guza tak trudno było go uchwycić i postawić diagnozę. Gdy przyjeżdżałem przez kolejnych kilka lat na konsultacje kontrolne, stale moja historia choroby była wypożyczona jakiemuś lekarzowi, który albo się doktoryzował, albo habilitował, albo pisał jakąś pracę naukową. Mój przypadek jest nawet opisywany w literaturze medycznej.

Obudziłem się na sali pooperacyjnej. Pierwsza rzecz, którą zauważyłem, to cztery kroplówki, do których byłem podłączony. Było to moje picie, jedzenie, jakieś lekarstwa i krew. W tamtych czasach po operacji nic nie pozwalali jeść ani pić. Pielęgniarka, która przy mnie dyżurowała (była zamówiona przez moich rodziców) zwilżała mi tylko usta czystą wodą. Pierwszy posiłek w postaci jakiegoś bezsmakowego kleiku dostałem dopiero na śniadanie kolejnego dnia. W trzecim, ostatnim dniu pobytu na pooperacyjnej na śniadanie było lekko ścięte jajko na miękko. Wróciłem na salę ogólną. Lekarze byli zadowoleni z przebiegu zabiegu. Zaraz po przebudzeniu sprawdzali, czy moja prawa strona właściwie funkcjonuje, czy mam czucie, czy reaguję na bodźce. Próby te wypadły pomyślnie.

Powrót do normy

Już po kilku dniach od operacji poczułem, że pojawiają się mikroruchy, które są zwiastunem powrotu do zdrowia. Teraz przede mną był długi proces rehabilitacji. Po miesięcznym pobycie na Szaserów, pod koniec września wróciłem na oddział neurologii do instytutu. Spędziłem tam kolejny miesiąc.

Mój stan zdrowia poprawiał się niemal z dnia na dzień. Nauka chodzenia przebiegała pomyślnie. Zaczynałem wykonywać funkcje ruchowe lewą ręką. Czułem nowe życie, widziałem postępy, jakie robię w tym wstępnym procesie rehabilitacji.

Siedziałem we wnęce sali korytarzowej, w której była tzw. świetlica z telewizorem. Oglądałem nocny film. Byłem sam. Nagle otworzyły się drzwi windy i na korytarzu pojawili się dwaj sanitariusze z łóżkiem na zwłoki. Wiedziałem, że na oddziale zmarł pacjent i że ciało wywożą po godzinie 22. Po tych kilku miesiącach pobytu na różnych, ale zawsze ciężkich oddziałach, byłem "przyzwyczajony" do śmierci. Sanitariusze wykonali swoją czynność, a w drodze powrotnej zatrzymali się koło dyżurki pielęgniarek i zaczęli z nimi rozmawiać. Odwróciłem głowę w ich stronę. Łóżko z ciałem nakrytym białym prześcieradłem (takie były wówczas standardy) stało na korytarzu. Wiedziałem, że za chwilę w drodze powrotnej będą koło mnie przejeżdżać. Spokojnie oglądałem film. Po pewnej chwili gwar rozmowy ucichł. Sądziłem, że zapewne skończyli rozmawiać z pielęgniarkami i zapewne będą jechać. Odwróciłem się do tyłu. W odległości około pół metra za mną stało łóżko ze zwłokami – a sanitariuszy nie było. Okazało się, jeden z nich pchnął łóżko, które potoczyło się i zatrzymało bezpośrednio za mną. Poczułem się nieswojo. Zerkając cały czas za siebie, dalej oglądałem film, a w zasadzie oglądaliśmy film – ja i nieboszczyk. Po paru minutach z dyżurki wyszli sanitariusze i zabrali chwilowego towarzysza nocnego filmu.

Rehabilitacja

Profesor Kulczycki zorganizował mi pobyt w klinice rehabilitacyjnej w Konstancinie u prof. Weissa - najlepszego speca od rehabilitacji w Polsce, który w kilka lat po moim pobycie u niego popełnił samobójstwo. Z jakich powodów - nie wiem do dziś. Zanim przeniesiono mnie na rehabilitację po czteromiesięcznym pobycie w kilku warszawskich klinikach, przyjechałem do Przemyśla na tygodniową przepustkę. Ciągle ćwicząc, odbudowywałem powoli masę mięśniową. Zacząłem chodzić, usprawniałem rękę. Końcem listopada opuściłem szpital i wróciłem do domu. Tu kontynuowałem rehabilitację. Niestety nie mogłem wrócić do szkoły, musiałem przerwać na rok naukę.

Znowu szpital

Gdy końcem kwietnia 1977 roku pojechałem na kolejną kontrolę na Szaserów, wykonano mi zdjęcie kręgosłupa szyjnego. Okazało się, że w wyniku przygotowywania pola operacyjnego do usunięcia guza spiłowano tkankę chrzęstną tzw. połączenie pełne między kręgami, co skutkowało niestabilnością kręgosłupa. Kręgi zbliżyły się do siebie i odchyliły z osi. Szczególnie czwarty kręg był sporo przesunięty, co mogło w każdej chwili spowodować mechaniczne uszkodzenie rdzenia. Jak wiadomo, uszkodzenie rdzenia na tym odcinku wiąże się z czterokończynowym paraliżem i utratą oddechu. Od razu zaprowadzono mnie do gipsowni i założono gorset gipsowy stabilizujący szyjny kręgosłup, by zabezpieczyć kręgi przed dalszym przesuwaniem się. W chwilę po tym zostałem położony na oddziale ortopedii u prof. Tylmana. Nie byłem przygotowany na pobyt w szpitalu, nie miałem ani ręcznika, ani nawet szczoteczki do zębów. Z piżamą nie było problemu, gdyż w tamtych czasach w szpitalach wojskowych nie można było mieć własnej piżamy. Każdy pacjent po przyjęciu dostawał piżamę w niebieskie pasy i szlafrok.

Wiosna budziła się do życia, drzewa rozwijały jasnozielone pióropusze, trawa nabierała soczystości, jaskółki uwijały się przy gniazdach uplecionych na fasadzie szpitalnego bloku, a ja stałem zagipsowany przy oknie i czułem żal, że nie mogę się cieszyć budzącym się życiem. Ogarniała mnie dziwna wewnętrzna pustka. Wiedziałem, że następne tygodnie spędzę właśnie tutaj. Wiedziałem, że czeka mnie kolejna operacja. Nic więcej nie wiedziałem. Gdy minęło majowe święto tak hucznie przez komunistyczne władze obchodzone i lekarze wrócili do pracy, dowiedziałem się od doktora Patyka, który miał mnie pod opieką, że zanim przejdę operację przeszczepu kręgosłupa, muszą założyć mi wyciąg bezpośredni, by nastawić kręgi na właściwe miejsce.

"Na żywca"

Był 3 maja 1977 roku. Na salę weszła pielęgniarka i powiedziała: "Idziemy". Wszedłem do zabiegowego. Tu, gdzie zawsze zmienia się opatrunki. Wygolili mi maszynką elektryczną głowę na obu płatach skroniowych. Nie widziałem się w lusterku, ale czułem, że wyglądam jak amerykański hipis – dziecko kwiatów z irokezem na głowie. Ściągnięto mi również gips z szyi. Poszliśmy korytarzem do bloku operacyjnego. Gdy już stałem przed salą operacyjną, okazało się, że przepisy nie pozwalają, by pacjent sam wchodził na salę. Musiałem się wrócić na oddział. Tam położono mnie na łóżku transportowym i tak wjechałem na salę operacyjną. Wiedziałem, że ze względu na fakt, że jestem po jednej bardzo długiej narkozie i za dwa tygodnie przejdę kolejną operację pod narkozą, założenie wyciągu do otworów wywierconych w głowie zostanie przeprowadzone bez uśpienia, czyli na tzw. żywca. Sala była wyłożona zielonymi płytkami pod sam sufit. W prawym górnym rogu był zawieszony ścienny zegar. Na środku stał stół operacyjny, a nad nim okrągły klosz z kilkunastoma żarówkami. Za stołem stała długa lada nakryta zielonym suknem. Pielęgniarka właśnie zaczęła wykładać z pojemników narzędzia operacyjne. Na zegarze była godz. 9:15. Operacja miała się zacząć o dziesiątej. Usiadłem na stole i przyglądałem się kleszczom, dłutkom, śrubokrętom i wielu innym narzędziom zbliżonym kształtem do tych, które znałem z zakładu mojego taty. Były tylko lśniące… Narzędzia te były układane w czerech rzędach, jedne przy drugich. Było ich ponad setka. Jako pierwsze leżały skalpele i ręczna wiertarka, tzw. bormaszynka – też mi dobrze znana z zakładu taty. Wiedziałem, że to wszystko jest szykowane dla mnie. Czas powoli mijał. W sali przedoperacyjnej znajdującej się po lewej stronie za dużą oszkloną ścianą zaczynało robić się gwarno. W końcu pojawili się dwaj lekarze, którzy mieli mnie "kroić". Wiedziałem z opowiadań, że przed zabiegiem chirurdzy powinni myć 15 minut ręce. Sądziłem, że to czysta teoria. Kto by marnował tyle czasu skoro i tak zakładają lateksowe rękawiczki. Myliłem się - z zegarkiem na ścianie - było 15 minut. I tak jak na filmach, łokciem zamykali wodę, a pielęgniarki zakładały czepek na głowę i maseczkę na twarz. Po chwili i mną się zajęto. Weszły dwie pielęgniarki, ułożyły mnie na stole i kilkoma pasami mocno skrępowały mi ciało. Nie miałem najmniejszej możliwości nawet drgnąć. Potem przykryły mnie całego zielonym prześcieradłem, a przed oczyma postawiły zielony parawanik, tak bym nic nie widział. Odsłonięte było tylko pole operacyjne. Dr Patyk wyjaśnił w krótkich żołnierskich słowach, na czym będzie polegać zabieg. Po chwili usłyszałem – skalpel proszę. Na prawej skroni poczułem ostre ciecie i niemal w tej samej chwili stróżkę spływającej koło ucha ciepłej krwi. Nie mogę dokładnie opisać, jak wyglądało tamowanie krwi, bowiem nic nie widziałem, a jedynie czułem. Wiem, że zamykanie naczyń krwionośnych odbyło się w formie przypalenia. Następnie założono klamry, by odchylić skórę na boki. Po odczyszczeniu pola operacyjnego do skroni przyłożono wiertarkę i zaczęła się najtrudniejsza dla mnie faza zabiegu. Wiercenie dziury w głowie. Czy to bolało – powiem szczerze - to nie miało żadnego znaczenia, bo najgorsza była wibracja, niesamowita wibracja w głowie. Miałem wrażenie, że moja głowa znajduje się w samym środku silnika helikoptera. Po mniej więcej 2 minutach nastąpiła przerwa w wierceniu na badanie głębokości dziury. Po chwili znowu to samo. I tak kilka razy. Choć miałem pełne zaufanie do chirurgów, to jednak bałem się, by za głęboko nie weszli. Stojąca przy mnie asystująca pielęgniarka, której też nie widziałem, bo przed oczyma miałem tylko zielony parawanik, chwyciła mnie za rękę i mocno ją ściskała. Pomyślałem, chyba wie, co czuję. Ale nie powiem - jakoś tak lepiej mi się zrobiło, czując kobiecy uścisk. Gdy wywiercono właściwy otwór, lekarze zaczęli wmontowywać weń specjalne haki. Gdy już je założyli, skręcili śrubą i szyli skórę. Założyli opatrunek. Lewa strona była gotowa. Teraz ta sama procedura po prawej stronie głowy. I znów komenda – skalpel proszę. Usłyszałem tylko klepniecie i potwierdzenie – jest skalpel. Gdy już byłem zszyty, połączono oba haki przęsłem nad głową. Było po.

Gdy wróciłem na salę, do przęsła zaczepiono linkę z bloczkiem, a na jej końcu zawieszono trzykilogramowy odważnik. Zaczęło się naciąganie kręgosłupa. W pozycji horyzontalnej na utwardzonym materacu miałem leżeć bez ruchu dwa tygodnie do czasu operacji i kolejne dwa tygodnie po operacji. Nieco licha perspektywa. Około godziny piętnastej przyszedł do mnie doktor Patyk i zapytał, jak się czuję. Odpowiedziałem: "Jak Azja nabity na pal z trylogii Sienkiewicza…" To był dobry specjalista i dobry człowiek, tylko małomówny. Miał wadę wymowy, mówił niewyraźnie i się jąkał. Długie to były dwa tygodnie. Leżałem nieruchomo przykuty do łóżka. Karmiły mnie pielęgniarki, myły, nacierały – wszystko oczywiście w pozycji leżącej. Trzeciej nocy obudziłem się z zawrotami głowy. Po chwili zwymiotowałem. Zacząłem się dusić wymiocinami. Na szczęcie towarzysze niedoli zdążyli poinformować na czas pielęgniarki, które mnie jakoś uratowały. Od tego zdarzenia bałem się zasnąć. Kolejne dni i noce dłużyły się niewiarygodnie. Nadszedł w końcu dzień operacji – 15 maja. Miała ona polegać na pobraniu kości z mojej nogi, odpowiednim jej uformowaniu i wstawieniu do kręgosłupa. Operacja była wyznaczona na godzinę dziewiątą. Przed ósmą przyszły dwie pielęgniarki i zaczęły przygotowywać mnie do zabiegu. Najpierw wygoliły moją prawą nogę, zdezynfekowały ją i zabandażowały. To samo zrobiły z lewą nogą. Potem zaczęły to samo robić z oboma biodrami. Nie wiedziałem, o co chodzi, dlaczego jestem przygotowywany aż do pięciu cięć. Nikt mi nie powiedział, że dopiero podczas operacji prof. Tylman podejmie decyzję, z której kości bierzemy materiał do przeszczepu. Załamałem się. Sądziłem, że po narkozie się nie obudzę. Wziąłem do ręki takie małe, okrągłe lustereczko, jakie kobiety przeważnie noszą w torebkach i przez nie patrzyłem w okno na czyste, błękitne, wiosenne niebo. Żegnałem się ze światem. Byłem przekonany, że już go z dołu nie zobaczę. Liczyłem tylko na to, że tam w niebie po drugiej stronie błękitu, jak mówi w swoich wierszach przemyska poetka, właśnie się znajdę. Czułem się dziwnie, różne myśli cisnęły się do głowy. Przelatywały wspomnienia z dzieciństwa. A miałem wspaniałe dzieciństwo, bo miałem wspaniałych rodziców i całą rodzinę. Świetnie się rozumieliśmy. Wspólne niedzielne wypady do okolicznych miejscowości, wakacyjne wyjazdy do Zakopanego, Sopotu. Liczyłem, że dadzą mi "głupiego Jasia", czyli zastrzyk uspakajająco-rozweselający, ale chyba zapomnieli. Przez tę godzinę oczekiwania nie miałem z kim porozmawiać. W tamtych czasach odwiedziny były możliwe tylko trzy razy w tygodniu od 16 do 18 godz. Moja mama miała co prawda przepustkę na każdy dzień, ale też tylko godzinach popołudniowych. W końcu przyszli po mnie. Wywieźli mnie z sali na łóżku, na którym leżałem od dwóch tygodni. Jedynie odczepili odważniki, które zaczepione były do haków zamontowanych w mojej głowie. Gdy wyjechaliśmy z oddziału na hol przed blokiem operacyjnym, zauważyłem mojego tatę, którego przywiózł z Przemyśla swoim samochodem nasz znajomy, pan Ryszard oraz wujka Bolka, który był wojskowym i pracował w administracji szpitala. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Spotkanie było bardzo krótkie. Po chwili byłem już na sali operacyjnej. Leżąc cały czas na wznak, niewiele widziałem. Słyszałem jedynie gwar. Byłem tym nieco zdziwiony, gdyż zawsze na bloku operacyjnym jest cisza, spokój i atmosfera skupienia. Podeszły do mnie dwie pielęgniarki i lekarz. Podłączyli kroplówkę. Wiedziałem, że zaraz dostanę wstępną narkozę. Zobaczę trzy kropelki i zasnę. Nikt do mnie nic nie mówił, a i ja nie miałem ochoty na żadną rozmowę. W końcu zobaczyłem spływające do mojej żyły krople narkozy. Było ich, trzy, siedem, dziesięć. Nie zasypiałem. W ustach poczułem intensywny smak cebuli, przed oczyma zaczęła się pojawiać mgła. Sufit nade mną zaczął wirować. Zobaczyłem rozmazane postacie, które zaczęły się nade mną pochylać. Unieśli mi głowę, odchylili ją do tyłu. Zaczęli mi wpychać jakąś rurę do gardła. Chciałem krzyczeć, że jeszcze nie śpię, żeby zaczekali, że jeszcze nie teraz, ale nie mogłem wydobyć głosu. Zacząłem się bać, że podali mi za małą narkozę, że będą mnie kroić, a ja będę to wszystko znowu czuł. Przecież będą mnie kroić w pięciu miejscach. Było to straszne uczucie. Założyli maseczkę na twarz. Postacie zaczęły się zlewać ze ścianą, już nic nie słyszałem, czułem coraz bardziej smak cebuli. Odpłynąłem. Podczas operacji chirurdzy z lewego talerza biodrowego pobrali fragment kości, odpowiednio go ukształtowali i wstawili do kręgosłupa na odcinku od potylicy do szóstego kręgu. Była rozważana jeszcze jedna opcja na ówczesne czasy innowacyjna, by zamiast materiału własnego wstawić między kręgi metalowe sprężynki. Ta koncepcja została jednak odrzucona. Jak się okazało po około dziesięciu latach, rozwiązanie to się nie sprawdzało i występowały komplikacje. W moim przypadku stabilizacja została wykonana metodą konwencjonalną w formie przeszczepu. Była to metoda sprawdzona i trwała. Obecnie tej metody się już nie stosuje. Zastąpiła ją stabilizacja tytanowa.

W zaświatach

Gdy podniosłem powieki, ujrzałem wkoło siebie biel, tylko biel. Nie żyję, ale to jest raj – pomyślałem. W świadomości, że jestem po drugiej stronie, byłem kilkanaście sekund. Dokładnie nie wiem ile. Może 15 może 30 sekund. Nie bałem się, nic nie bolało, choć leżałem na pooperacyjnych ranach. Zobaczyłem dobrze mi znane stojaki z kroplówkami. Jednak żyję – pomyślałem. Biel, którą widziałem, była parawanami oddzielającymi łóżka w koedukacyjnej sali pooperacyjnej. Leżałem i czekałem. Po chwili przyszła pielęgniarka. Na pooperacyjnej byłem dwa dni, potem wróciłem na salę ogólną. Musiałem leżeć bez ruchu oczywiście z odważnikami zaczepionymi do haków zakotwionych w głowie. Po kilku dniach w celu kontrolnym zaplanowane było wykonanie zdjęcia RTG. W tym celu musiałem zostać podniesiony, by włożyć pode mnie skrzynkę z kliszą. Czynność ta była w teorii bardzo prosta, w praktyce okazała się jednak niezmiernie skomplikowana, bowiem nie można było dopuścić do najmniejszego ruchu mojego ciała. W tym celu po obu stronach ustawiło się osiem osób, w tym czterech lekarzy. Dwóch trzymało moją głowę, reszta podtrzymywała tułów. Z zegarmistrzowską precyzją unieśli mnie i nie zważając na promienie rentgenowskie zrobili zdjęcie świeżo wykonanego przeszczepu. Potwierdziło ono fachowość przeprowadzonej operacji.

Dni i noce się dłużyły. Nadal bałem się zasnąć, mając w pamięci tę noc z torsjami. Nie musiałem ze snem walczyć, sam organizm robił to za mnie. Nie rozumiałem wówczas, jakie zachodzą procesy w korze mózgowej, które pozwalają na określone reakcje człowieka na jego kondycję psychiczną, motywację, postawę wobec choroby. To zagadnienie stało się przedmiotem moich dociekań w kolejnych latach życia. Stąd moje późniejsze zainteresowanie psychologią, parapsychologia, metafizyką. Cały czas leżałem nieruchomo w pozycji na wznak. Nie mogłem ani czytać, ani oglądać telewizji, mimo tego, że od kilku dni mieliśmy telewizor na sali. Mieliśmy go dlatego, że obok naszej sali leżał Adam Gierek, syn ówczesnego premiera i pierwszego sekretarza PZPR-u Edwarda Gierka. W związku z tym, że prominent trafił na salę jednoosobową, dostał telewizor kolorowy z gabinetu szefa oddziału prof. Tylmana, a nam po sąsiedzku wstawili czarnobiały z wyposażenia tej prominenckiej sali. Moi towarzysze przechadzali się cały czas korytarzem i zaglądali z ciekawości do ważnego pacjenta. Relacjonowali tylko, że cały czas czyta i coś pisze. W niedzielę do południa na oddziale zrobił się ruch. Okazało się, że Edward Gierek przyszedł w odwiedziny do syna. Był z obstawą i nikt nie mógł się nawet zbliżyć. Co niektórzy tylko zaglądali na korytarz zza drzwi.

W gipsowni

Po czterech tygodniach leżenia plackiem przetransportowali mnie do sali gipsowej, gdzie zostałem poddany obróbce murarskiej. Procedura zamykania mnie w kapsule gipsowej była niemal identyczna do tej, którą zastosowano przy wykonywaniu zdjęcia RTG. Oczywiście zamiast kliszy otulono mnie watą i zabandażowano opatrunkiem gipsowym od pasa w górę. Gruba powłoka gipsowa zaczynała się na biodrach, obejmował cały tułów i głowę. Wolną od gipsu miałem tylko te części twarzy – oczy, nos, usta i wycięcie na uszy. Gips sięgał dolnej wargi i czoła z brwiami. Byłem oczywiście przyzwyczajony do jedzenia w pozycji leżącej. Ale gdy pielęgniarka pierwszy raz karmiła mnie zupą, wlewając jak zwykle mi ją do ust, nie mogłem sobie poradzić z jej przełykaniem, gdyż gips ograniczał mi ruchy żuchwy. Pomyślałem, co będzie w takim razie, gdy będę musiał gryźć drugie danie. Ale tego w tym dniu nie doświadczyłem. Gips uciskał mi na żołądek i po talerzu szpitalnej zupy miałem dość jedzenia. Zlitowali się nade mną i następnego dnia podcięli gips tak, że żołądek był oswobodzony z ucisku. Rozpoczął się proces kilkudniowej pionizacji. W tym celu przenosili mnie na stół pionizacyjny i co dzień pod coraz większym kątem zwiększali wychylenie. Czwartego dnia osiągnąłem pozycję pionową, bez zawrotów głowy. Czas zacząć chodzenie – powiedział rehabilitant i postawił na nogi. Te jednak były zbyt słabe po miesięcznym bezruchu, by utrzymać ciało i kilkanaście kilogramów gipsu. Rozpoczął się proces nauki chodzenia. Po kilku dniach z balkonikiem i asekuracją rehabilitanta byłem w stanie wyjść z sali na korytarz. W końcu opanowałem po raz trzeci w życiu sztukę chodzenia.

Odwiedziny

Leżąc w odległym o 350 km od domu szpitalu, nie mogłem liczyć na odwiedziny przyjaciół z "podwórka" czy szkoły. Nie było wówczas telefonów komórkowych, a gdy chciało się zadzwonić ze stacjonarnego do innego miasta, trzeba było przez centralę międzymiastową zamawiać połączenie i czekać nawet kilka godzin. Miałem tylko kontakt listowy. Czasami pisali do mnie koledzy ze szkoły i prywatnie pisał do mnie mój nauczyciel Piotr, z którym przyjaźnię się po dzień dzisiejszy. Miałem też i wsparcie mentalne innych nauczycieli z mojej szkoły. Gdy ktoś do mnie przyjechał, to było niemal wydarzenie. I takie miało miejsce, gdy tak sobie zaczynałem w gipsie chodzić. Przyjechali przyjaciele moich rodziców: Pani Basia z Panem Bogusiem. Po kilku minutach jednak na chwilę wyszli z sali. Potem moja mama powiedziała mi, że Pani Basia musiała wyjść, by przy mnie nie płakać. Gdy mnie zobaczyła zagipsowanego z tymi hakami w głowie, mentalnie pękła. Wyglądałem jak kosmonauta albo ufoludek. Cały w gipsie, a z głowy wystawały haki niczym antenki. Żartowaliśmy, że jestem piorunochronem. Przed wypisaniem mnie do domu haki te trzeba było wyciągnąć. W tym celu odkuli kawałek gipsu po obu stronach głowy w okolicach zakotwienia haków i podkręcali śruby mocujące poszczególne elementy. Powolutku, by czegoś nie zruszyć wykręcali oś haku z kości czaszki. Po przeszło miesiącu bytności ciała obcego w kości nastąpiło częściowe zalanie okostną tego metalowego elementu. Zabieg zakończył się powodzeniem. Przestałem już być chodzącym piorunochronem. Uzupełnili gips i byłem gotów do sześciomiesięcznego życia w skorupie gipsowej.

W domu

Gdy wyszedłem ze szpitala, była połowa upalnego czerwca. Czekało mnie sześć długich miesięcy w gipsie. Niestety, ale lato 1977 roku było bardzo upalne. Szukałem schronienia w cieniu, unikałem słońca, nogi wkładałem do miednicy z zimną wodą, a i tak było mi piekielnie gorąco. Pod gipsem skóra swędziała okrutnie. Linijką owiniętą gazą starałem się utrafić w najbardziej łaskoczące miejsca. Nie wszędzie był jednak dostęp. Na plecach zrobiła się odleżyna. Ciało zaczęło się psuć. Odczuwałem ból, spod gipsu wydostawał się odór gnijącego ciała. Antybiotyki nie pomagały. Trzeba było podcinać gis. Po dwóch tygodniach leczenia zewnętrznego udało się opanować sytuację. Cały ten okres spędzałem w domu. Rzadko kiedy wychodziłem. Często za to przychodzili do mnie koledzy. Rozmawialiśmy, graliśmy w karty. Wakacje dobiegły końca, ale ja 1 września nie wróciłem do szkoły. W sytuacji jakiej się znalazłem nie dałbym rady wysiedzieć w ławce tyle godzin. To już szesnasty miesiąc bez szkoły. Ilu młodych ludzi nie chciałoby chodzić do szkoły, a ja choć chciałem, nie mogłem.

Samym końcem października pojechaliśmy na klinikę do kontroli, licząc, że zapadnie decyzja o zamianie gorsetu gipsowego na gorset ortopedyczny. Aby wykonać zdjęcie rozcięto gips i podtrzymując moją głowę (w wyniku nieużywania mięśni szyi nastąpił ich zanik), wykonano serię zdjęć. W ocenie prof. Rudnickiego i prof. Tylmana zrost przeszczepu następował wg przewidywań i mogliśmy się umówić na wykonanie gorsetu. Ponownie założono mi ten sam gips i mocno zabandażowano. W pracowni u pana Grucy, który był kuzynem najbardziej znanego w historii Polski ortopedy prof. Grucy, wykonano mi aluminiowy szkieletowy gorset. Choć w dalszym ciągu byłem usztywniony, była to dla mnie wielka ulga. Po pierwsze mogłem się kąpać i myć głowę, nie musiałem dźwigać iluś tam kilogramów gipsu na sobie, mogłem się w miarę normalnie ubrać – choć zawsze chodziłem w golfach. I jeszcze jedno, już skóra nie swędziała i nic nie uwierało.

Rok 1994

Nad ranem zbudził mnie odgłos gotującej się wody w piecu gazowym zainstalowanym w piwnicy. W obawie przed wybuchem kotła, a była to stara konstrukcja bez elektronicznych zabezpieczeń, chciałem szybko zbiec po schodach do piwnicy, by podjąć skuteczną interwencją. Mój pośpiech zakończył się upadkiem na betonową posadkę. Gdy odzyskałem przytomność, zaczęła do mnie dochodzić świadomość, że jestem sparaliżowany i to czterokończynowo. Podjąłem kolejną próbę uniesienia ręki – niestety nieskuteczną. Nie mogłem ruszać obiema rękami i obiema nogami. Będąc świadomy tego, co się stało, chciałem przywołać żonę, by mi pomogła. Ale i ta próba okazała się nieskuteczna. Nie mogłem wydobyć z siebie żadnego dźwięku, nie mogłem wypowiedzieć żadnego wyrazu, nie mogłem wołać – pomocy. Leżałem nieruchomo na betonowej posadzce w pobliżu przegrzanego pieca CO. Przez głowę przechodziły mi różne myśli. Będę do końca życia sparaliżowany, nie będę mógł już jeździć samochodem, nie będę pracować, chodzić po górach – będę kłopotem dla rodziny. To dziwne uczucie, uczucie niemocy, bezsilności. Chcesz ruszyć ręką - nie możesz, nogą - nie możesz, krzyczeć - nie możesz. Zaniepokojona moją nieobecnością żona zeszła do piwnicy. W pierwszej chwili nie zorientowała się, co się stało. Gdy zaczęła pytać się, co ze mną, chcąc wysłać jakiś komunikat, podjąłem próbę werbalną. Zacząłem bełkotać. Po chwili z moich ust wydobyły się pierwsze możliwe do zrozumienia słowa. Żona ułożyła mnie w pozycji bocznej ustalonej i wezwała pogotowie. Podczas długiego oczekiwania na przyjazd lekarza zaczynałem coraz wyraźniej mówić i pojawiły się niemrawe ruchy rąk i nóg. Gdy po około 30 minutach przyjechał lekarz, notabene kolega ze szkoły mojej żony, mówiłem już w miarę wyraźnie i byłem w stanie niemrawo poruszać rękami i nogami. Jako, że schody są strome, sanitariusze nie mieli sposobu, by mnie przetransportować na górę. Lekarz po wywiadzie ze mną polecił mi, bym próbował się wydrapać. Na czworaka w asekuracji i przy pomocy sanitariuszy wyczołgałem się na górę. Byłem mocno w strachu, bo ekipa medyczna nie dysponowała kołnierzem i odcinek szyjny miałem niezabezpieczony. Po około 45 minutach podtrzymywany z obu stron byłem w stanie się poruszać, byłem jednak "lejący", co oznacza, że nie miałem stabilności ze względu na osłabienie masy mięśniowej. Położyłem się na łóżku i tak mnie lekarz zostawił. Zostawił, bo wiedział, że za chwilę przyjedzie siostra mojej żony, która jest lekarką i że sobie damy radę. Faktycznie, pojechaliśmy maluchem do szpitala na zdjęcia kręgosłupa. Zdjęcia te widziało wielu lekarzy, ale żaden nie dostrzegł niczego, co mogłoby spowodować to chwilowe porażenie. Czułem się osłabiony, obolały, ale zadowolony, że kręgosłup cały. Po powrocie do domu leżałem przez kilka dni nieruchomo, bo mnie wszystko bardzo bolało. Po kilu dniach odzyskałem ruchomość kończyn. Bóle mięśniowe zanikały, ale nasilały się zmiany czucia szczególnie w nogach. Poszedłem do lekarza ortopedy, ten raz jeszcze obejrzał zdjęcia i zalecił rehabilitację. Zacząłem zabiegi, po kilku zabiegach zamiast poprawy okazało się, że objawy czuciowe się nasilały. Zadzwoniłem do prof. Rudnickiego – tego, który mnie operował. Profesor bez wahania powiedział, bym jutro rano był u niego. Gdy wszedłem do jego gabinetu i opowiedziałem, co się stało, profesor wziął zdjęcie, popatrzył i po dosłownie 3 sekundach powiedział: "Miruś - bo tak do mnie się zwracał - pójdziemy na konsultację do prof. Tylmana". Idąc korytarzem, czułem, że coś jest nie tak. Profesor wszedł do gabinetu, ja czekałem w sekretariacie. Po chwili zostałem poproszony. Z mocniej i szybciej bijącym sercem wszedłem do środka. "No chłopie, strzelił ci ten przeszczep" – powiedział profesor Tylman. Okazało się, że w wyniku upadku ze schodów złamałem stabilizację kręgosłupa szyjnego. Do domu wróciłem w gorsecie gipsowym. Po trzech miesiącach gips został zastąpiony kołnierzem. I tak chodziłem w usztywnieniu pół roku. Powoli dolegliwości czuciowe wracały do stanu pierwotnego. Badanie kontrolne wykazało, że jest zrost. To była dobra wiadomość, bowiem istniało niebezpieczeństwo wytworzenia się stawu rzekomego ze względu na to, że unieruchomienie złamanych części kręgosłupa nastąpiło dopiero po przeszło trzech tygodniach od urazu. Miałem bardzo dużo szczęścia. Ale kolejne pół roku nie moje.

Obuchem w głowę

Minęło kilkanaście lat względnego spokoju. Odbudowałem masę mięśniową, kontynuowałem rekreacyjne wyprawy rowerowe, urlopy spędzane nad morzem i górach, cykliczne wyjazdy na rajdy i wyścigi samochodowe, działalność społeczną, intensywną pracę zawodową. Pracowałem i działałem na wysokich obrotach. W 2006 roku zacząłem odczuwać wzmożone napięcie w lewej nodze. Sądziłem, że to niestety wiek robi swoje i zaczynają pojawiać się pewne dolegliwości związane z wcześniejszymi problemami zdrowotnymi. Postanowiłem jednak pójść do lekarza. Lekarka zaproponowała, by zrobić kompleksowe badania medyczne na oddziale szpitalnym. Tak też uczyniłem. W październiku poszedłem na kilka dni do szpitala i wykonałem serię badań. Ostatnim z nich był rezonans magnetyczny, na który pojechałem karetką do Rzeszowa. Wszystkie badania wypadły pomyślnie za wyjątkiem ostatniego. Zostałem poproszony do gabinetu, a ordynator oddziału neurologicznego dr Ewa Serkis zapytała: "Czy pan już wie?". "Ale czy co wiem?" – odpowiedziałem. Powiedziała: "Ma pan guza w tym samym miejscu". Poczułem, jak zaczyna mi napływać krew do głowy i jak powoli zaczyna dochodzić do mojej świadomości, co to znaczy i jakie tego mogą być konsekwencje. Jestem pacjentem dużo wiedzącym o neurologii i nie wymagam instrukcji obsługi choroby, bo na własnej skórze niejedno doświadczyłem. Ordynator od razu wykonała telefon do Warszawy i umówiła mi konsultację na tym oddziale neurochirurgii, na którym byłem przed laty operowany. Wyszedłem z gabinetu, wsiadłem do samochodu i pojechałem do domu, dzwoniąc z komórki do żony, by zwolniła się z pracy, bo będę czekał na nią w domu z ważną sprawą. Wieczorem wróciłem na oddział, a o drugiej w nocy wyjechałem karetką na konsultacje. Wiedziałem doskonale, że operacja w tym samym i tak newralgicznym miejscu jest trudniejsza od wcześniejszych ze względu na zrosty, które tam powstały po pierwszym zabiegu. Ponadto nie wiedziałem, czy przeszczep, który mam w kręgosłupie, pozwoli na reoperację. Jechałem w wielkiej niepewności. Konsultacja nie należała do przyjemnych. Lekarz mnie przyjmujący, gdy obejrzał obraz rezonansu, pokręcił głową i powiedział, że musi to iść skonsultować do profesora, czy z tym coś się da zrobić. W tym momencie wspomniałem o tym, że mam tam stabilizację potyliczną. "O to jeszcze bardziej komplikuje" – usłyszałem w odpowiedzi. Czekałem z 10 może 15 minut. No podejmiemy się operacji, ale ze względu na przypadek musi operować odpowiedni zespół i będzie to możliwe dopiero za 5 miesięcy. To wielogodzinna operacja i potrwa dwa dni. W pierwszym dniu wycięcie guza, w drugim usztywnienie kręgosłupa. Przez ten czas będę cały czas pod narkozą. Ciekawa perspektywa - pomyślałem. Nurtowało mnie jeszcze jedno pytanie, bałem się go zadawać. Jednak się zdecydowałem. Czy istnieje ryzyko porażenia lewostronnego. "Panie – lewostronnego, ta to czterokończynowe przy takim zabiegu". Więcej pytań nie miałem, wolałem nie wiedzieć. To już mi wystarczyło. Co czułem, no co czułem - to myślę, można sobie wyobrazić. Wróciłem do domu. Wieści szybko rozeszły się po rodzinie. Skontaktowali się ze mną zaraz kuzyni Artur i Grzegorz i zaproponowali konsultację medyczną u prof. Marka Harata w wojskowej klinice w Bydgoszczy. Po rozmowie z Grzesiem, który jest chirurgiem właśnie w tej klinice, a jednocześnie robi specjalizację w Warszawie w WAM-ie na Szaserów, postanowiłem pojechać do Bydgoszczy. Rozmowa z profesorem przebiegała w zupełnie innej atmosferze niż tydzień temu w stolicy. Profesor w skupieniu obejrzał rezonans i powiedział, że może podjąć się operacji. Ryzyko jest ogromne, ale dostrzega pewną możliwość. Dodał, że to ryzyko, to nie tylko paraliż czterokończynowy, ale również ryzyko utraty oddechu. Co to oznacza – nic innego jak wegetację, życie bez ruchu na respiratorze. Powiedział również, że przygotuje się do tego zabiegu najlepiej jak tylko będzie potrafił i że to operacja wielogodzinna, ale będą operować bez przerwy. Na zabieg czekałem dwa miesiące. Był to okres walki o właściwe, pozytywne nastawienie się do operacji. Choć na początku wolałem mieć to już za sobą na zasadzie "wóz albo przewóz", co będzie to będzie. Jednak z perspektywy czasu dostrzegłem, że ten okres był mi bardzo potrzebny. Potrafiłem zbudować wartość, która dała mi wiarę w powodzenie tego zabiegu. Wykorzystałem znajomość psychologii i pedagogiki, zastosowałem znane mi techniki budowania pozytywnego nastawienia. Co prawda zdecydowanie łatwiej jest je zastosować w terapii innej osoby niż w stosunku do siebie samego, jednak mi się udało. Nie powiem, że nie miałem obaw i nie czułem lęku, ale wiedziałem, że będzie dobrze. Z takim pozytywnym nastawieniem wieczorem 10 stycznia 2007 roku usiadłem za kierownicą mojego samochodu i wyruszyłem w 600 km drogę, jak to określiłem, drogę po życie. W szpitalu leżałem, czekając na zabieg pięć dni. Wszyscy lekarze wiedzieli, że jestem kuzynem ich kolegi z pracy i chętnie ze mną rozmawiali o zabiegu. Dzięki temu wszystkiego się dowiedziałem. Co będą i jak będą robić, gdzie jest trudność, gdzie największe ryzyko, jakie mogą być konsekwencje. Choć wiedziałem, że to wszystko mnie już niebawem czeka, nie robiło to na mnie większego wrażenia. Może tylko to, że ten przeszczep, który mam w kręgosłupie szyjnym, będą musieli wysokoobrotową piłką mechaniczną przeciąć w dwóch miejscach, a potem przy pomocy dłutka i młotka usunąć. Wiedziałem jednak, że wiedzą, co robią. Żartowałem, by tylko kilofa nie wykorzystywali. Późnym wieczorem w przeddzień operacji miałem rozmowę z anestezjologiem, z której się dowiedziałem, że w moim przypadku to sama narkoza jest niebezpieczna i zagraża utratą życia. Podczas operacji będę całkowicie zwiotczony, by wyeliminować ryzyko niekontrolowanego napięcia jakiegoś mięśnia. Oznacza to, że wszystkie funkcje życiowe przejmą za mnie urządzenia. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że się nie wybudzę. Przygotowując się mentalnie do tej operacji już wcześniej wiedziałem, że istnieje duże ryzyko i że mogę po zabiegu być do końca życia w stanie wegetatywnym. To oznaczałoby straszne cierpienie i kłopot dla rodziny. Myślałem o tym, że w przypadku niepowodzenia operacji lepszym dla mnie rozwiązaniem byłoby, gdybym się nie wybudził. Ale nie powiedziałem tego anestezjologowi. Oczywiście podpisałem zgodę na narkozę. Tego wieczoru miałem zafundowane golenie potylicy. Rano przedoperacyjna procedura. Prysznic, założenie fartucha i na łóżko transportowe. Przejażdżka do bloku operacyjnego. W sali operacyjnej miła atmosfera. Dwie sympatyczne pielęgniarki szybko się mną zajęły. Nade mną nie było lamp typowych dla tego typu pomieszczeń, lecz potężny przyrząd z czterema okularami mikroskopowymi. To przez ten przyrząd neurochirurdzy w czterdziestokrotnym powiększeniu obserwują pole operacyjne, a przy pomocy joysticków wykonują najbardziej skomplikowane etapy zabiegu. Podłączono kroplówkę, a na twarz założono maseczkę. "Teraz podamy panu tlen" - usłyszałem i pomyślałem – teraz pooddycham czystym bieszczadzkim powietrzem. Zobaczyłem, jak zaczyna spływać narkoza w kroplówce i już film się urwał. Kiedy pogrążony byłem w głębokim śnie, przez cięcie tylno-boczne i usunięcie przeszczepu lekarze dostali się do kanału kręgowego. Zaczęła się najbardziej skomplikowana, ryzykowna i wymagająca niesamowitych umiejętności, precyzji oraz perfekcji faza operacji - usunięcia guza. Guza, który był zlokalizowany przyśrodkowo po stronie prawej na poziomie kręgów szyjnych C2 i C3. Był to guz tkankowy, niejednorodny i hiperaktywny. Wychodził z rdzenia szyjnego i szerzył się w obrębie rozdętego prawego otworu międzykręgowego. Guz ten uciskał i przemieszczał rdzeń kręgowy na stronę lewą i do przodu. Penetrował również na zewnątrz kanału w kierunku tętnicy kręgowej. Na tym odcinku stwierdzono krytyczną stenozę czyli zwężenie kanału kręgowego i prawie całkowitą redukcje przestrzeni płynowej podpajęczynowej. Wymiary tego guza oraz jego ukształtowanie i lokalizacja stwarzały olbrzymie ryzyko zabiegu. Wiedziałem, że jestem w najlepszych rękach i wiedziałem, że lekarze są świetnie przygotowani i że zrobią wszystko, co w ich mocy. Ale wiedziałem również, że nie wszystko od nich zależy, że nie na wszystko mają wpływ. Może wystąpić np. tzw. dekompresja – a wówczas byłoby już wszystko "pozamiatane". Wiedziałem o tym wszystkim z rozmów z lekarzami. Neurochirurgia to najwyższa półka. Tu w grę wchodzi nie tylko ogromna wiedza i umiejętności medyczne, ale również ogromna precyzja operującego, wyczucie, jego odporność na stres, opanowanie. Tu pole operacyjne jest bardzo małe, wszystko idzie na mikrony. Najmniejszy błąd, drgnięcie ręki, zawahanie i może być dramat. Tu nie ma miejsca na błąd, bo każdy błąd przynosi nieodwracalne skutki. Zespół operujący, o czym już wcześniej wspominałem, musiał najpierw usunąć trzydzieści lat wcześniej wykonany przeszczep i zrobić dojście do kanału kręgowego. I najtrudniejsze zadanie wycięcia guza, oddzielenie go od rdzenia, od korzenia czuciowo-ruchowego, wyłuskanie każdej komórki nowotworowej i to tak, by nie drasnąć tego, co najczulsze, wiązek nerwowych przewodzących impulsy z receptorów do mózgu i z powrotem. Na koniec ponowne nałożenie odłupanego przeszczepu kostnego i stabilizacja tytanowa. Czyli założenie płytki na kręgi i przykręcenie jej do czaszki i do kręgów. Jak zwykle w takich sytuacjach wycinek guza idzie do badania histopatologicznego. Wynik, który po czterech dniach otrzymałem, brzmiał: Neurilemoma typ A i B kategoria I. Oznaczało to tyle, co nowotwór niezłośliwy, wolno rosnący.

Wybudzenie

Podniosłem powieki, wiedziałem, bo byłem uprzedzony, że będę wybudzany nie na sali pooperacyjnej tylko na OIOM-ie. Wokół mnie monitory i różne urządzenia. Dostrzegłem w kącie sali okrągły zegar. Była dokładnie 8:10 rano. Miałem pełną świadomość, że to jest już następny dzień i że jest już po operacji. Leżałem bez ruchu, ale wiedziałem, że muszę wykonać test sprawdzający ruchomość moich kończyn. Byłem spokojny, ale nie wiedziałem, czy operacja się udała, czy też jestem sparaliżowany. Zacząłem od prawej strony. Poruszałem palcami prawej nogi, uf ruszam. Czuję wyraźnie - ruszam. Wiem doskonale, że jak "działają" palce u nogi to i noga musi "działać". Teraz ręka, również test palców – "działają". Prawa strona ok. Czy lewa zadziała, nie czekam długo, próbuję poruszać palcami lewej nogi, też "działają" i sprawdzam lewą rękę – ruszam. Słyszę cały czas i kątem oka widzę krzątającą się w sali pielęgniarkę. Ale nic nie mówię, że się obudziłem, bo muszę wykonać jeszcze jeden test - czy oddycham samodzielnie. Jestem zaintubowany, podłączony do sztucznych płuc. Słyszę i widzę jak miech w szklanym cylindrze przesuwa się w górę i w dół tłocząc powietrze do moich płuc. Staram się sam oddychać, ale nie mogę się zorientować, czy to mój kontrolowany oddech czy to jednak respirator. Wydłużam oddech, staram się zmylić maszynę. Odnoszę wrażenie, że mogę kontrolować oddech, ale nie mam pewności. Podchodzi pielęgniarka, zaczyna coś do mnie mówić. Nie pamiętam już co, bo najważniejsze jest to, że ruszam palcami. Po chwili przychodzi lekarz. Podchodzi do mnie i mówi: "Panie Mirku, jak będzie mieć pan następną operację, proszę mówić, że ma pan skrajnie trudne dojście. Co myśmy się namęczyli, by pana zaintubować. Dopiero sam szef wszedł na tzw. czuja przez nos". A ja tak leżę i myślę, co mnie to obchodzi, czy przez usta czy nos mi tę rurę włożyli i pytam: "Doktorze, a czy operacja się udała?". "A udała, udała, ale co żeśmy się namęczyli, by zaintubować". Czułem, jak radość wypełnia moje ciało. Po chwili zaczęli odłączać wszystkie przyrządy, które za mnie pracowały. Po godzinie przyszedł mój kuzyn Grześ i mogłem nawet porozmawiać przez komórkę z żoną. Na OIOM-ie leżałem do południa. Potem przewieźli mnie na pooperacyjną. Po godz. 14 przyszedł prof. Harat i podczas krótkiej rozmowy powiedział, że operacja przebiegła według najlepszego scenariusza, guz został usunięty z rdzenia, z kanału kręgowego i z korzenia ruchowego. Nie można było jednak całkowicie usunąć z okolic tętnicy kręgowej. Było za duże ryzyko krwotoku. Krwotok w tym miejscu oznacza całkowity paraliż. Na koniec rozmowy zwrócił się do rehabilitanta: "Tu już możemy wstawać". Profesor wyszedł z sali, a rehabilitant mówi: "To wstajemy". W odpowiedzi usłyszał: "Panie to jest niemożliwe, ja nie wstanę". "Profesor powiedział, to rzecz święta" - odrzekł rehabilitant. Bałem się , że mi się kręgosłup rozleci. Przecież dopiero co mnie "kroili", niedawno wybudzili i już każą wstawać, co oni robią - pomyślałem. Wiedziałem, że mój przeszczep z kości, który do operacji trzeba było usunąć, nałożyli ponownie, a na to zamontowali stabilizację tytanową, którą przykręcili śrubami do czaszki i kręgów. Ale czy to będzie tak od razu trzymać? Rehabilitant sprawnie mnie podniósł, postawił na nogi, a ja zacząłem stawiać pierwsze kroki. Szło całkiem dobrze. Owszem byłem bardzo słaby, ale dawałem radę. Przeszedłem korytarzem z 20 m. Sam byłem zaskoczony. Trzydzieści lat temu po podobnym zabiegu potrzebowałem półtora roku walki o powrót do normalności. Półtora roku cierpień, wyrzeczeń, a teraz tak szybko... Jak ogromny postęp dokonał się w medycynie. Po sześciu dniach od operacji wróciłem do domu, a po trzech miesiącach do pracy.

Niefortunny upadek

Była upalna sobota 14 sierpnia 2010 roku. Jak zwykle w sobotę pracowałem w moim przydomowym ogródku. Od czasu do czasu chodziłem do domu, by coś przekąsić, napić się wody. I wówczas stało się – upadłem tak nieszczęśliwie, że gdy znalazłem się na podłodze, poczułem, jak moje ciało wiotczeje. Trwało to dosłownie półtorej sekundy. Leżałem na podłodze i nie mogłem ruszyć żadną częścią ciała. Wiedziałem, co się stało, ale nie wiedziałem, co z kręgosłupem i czy jest to wstrząśnienie rdzenia czy uszkodzenie rdzenia. Nie było wyboru – telefon na pogotowie i szpital. Zapakowali bezwładne ciało na nosze i na sygnale na Monte Cassino. Tu podstawowe badania, rezonans, tomograf, zdjęcia kręgosłupa i głowy. Na oddziale neurologii spędziłem cztery tygodnie. Nie było uszkodzenia kręgosłupa, przeszczep i stabilizacja tytanowa wytrzymały próbę. Paraliż był wynikiem wstrząśnienia rdzenia. Przez trzy dni leżałem nieruchomo i miałem podawany z tzw. pompy, czyli elektrycznego dozownika steryd – Surmedrol, który łagodzi skutki opuchlizny rdzenia. Z dnia na dzień powolutku zaczynały mi wracać ruchy rąk i nóg. Nie miałem siły, precyzji, nie miałem zakresów, gdy mnie posadzili, nie mogłem utrzymać ciała, jak postawili nogi, były jak z waty. Ale małymi kroczkami robiłem postępy. Zacząłem po raz kolejny w życiu uczyć się chodzić. Gdy w połowie września wróciłem do domu, od razu zacząłem intensywną rehabilitację. Ćwiczyłem godzinami, ale widziałem efekty. Po półtora roku ćwiczeń ręce wróciły do 95% sprawności, a nogi i tułów do ok 75 %. Czułem, że jeszcze pół roku i osiągnę zadawalający mnie stan. Poczułem się zbyt swobodny, zbyt pewny na nie do końca sprawnych nogach. Ale chciałem już więcej normalności. Zawsze wstawałem przed piątą rano, by przed pracą godzinę ćwiczyć. Tak też było 24 lutego 2012 roku. Gdy przechodziłem z sypialni do pokoju rehabilitacyjnego, straciłem równowagę i upadłem. Doznałem prawostronnego porażenia. Nie było ono bardzo głębokie, ale ręka i noga osłabły, straciłem z takim trudem wypracowaną precyzję ruchu i siłę. W szpitalu byłem tylko tydzień. Po powrocie do domu kontynuowałem rehabilitację, ale musiałem się wrócić po utraconą sprawność. Nie powiem - czułem dyskomfort. Tyle wysiłku włożonego w dotychczasowe zabiegi usprawniające. Dzień w dzień po kilka, kilkanaście godzin dziennie ćwiczeń, tyle wyrzeczeń – rezygnacja z wyjazdów na wczasy, rajdy, wyścigi, z popołudniowych wyjść. Tyle środków finansowych na codzienną rehabilitacje, na wyjazdy do Polskiego Centrum Rehabilitacji Funkcjonalnej Reha Plus do Krakowa. Jeden moment i rok w plecy. Ale nie było wyjścia. Trzeba było zacisnąć zęby i robić swoje, czyli ćwiczyć i wierzyć, że się uda nadrobić stracony dystans.

Choć ten ostatni przypadek prawostronnego niedowładu był najmniej dotkliwy, to jednak mikrouszkodzenia rdzenia nałożyły się na siebie. Jeszcze nie do końca wyszedłem z poprzedniego uszkodzenia a tu kolejne. Wiedziałem, że będzie trudniej wrócić do pełni sprawności, ale wierzyłem, że dam radę. Kolejne dni, tygodnie, miesiące reha i reha, czyli ćwiczenia segmentarne i całościowe. Na wakacjach znowu Kraków w klinice i tak w kółko. Chodziłem trochę niestabilnie, ale wróciłem do pracy. Dawałem radę. Nad ranem ćwiczenia izometryczne i rozciągające, po pracy właściwe usprawnianie rehabilitacyjne z rehabilitantem i na przyrządach. Przez ten cały czas liczyły się dwie rzeczy – praca zawodowa i rehabilitacja. Odbywało się to kosztem moich zainteresowań, wyjazdów, czytania książek, pisania tekstów, kontaktów towarzyskich. Tak zacząłem rok 2013. Drugi dzień w pracy w nowym roku - trzeci stycznia. Siedziałem na fotelu przy biurku w moim gabinecie i pisałem pismo w jakiejś sprawie, już nie pamiętam w jakiej. Chciałem ręką sięgnąć po dokumenty znajdujące się w wydzielonej części biurka. Jak to się stało, że fotel przewrócił się - nie mogę zrozumieć do dziś. Uderzyłem tylną częścią ciała w ścianę i spadłem na podłogę. Było pozamiatane. Ne mogłem ruszać ani nogami ani oboma rękoma. I znów byłem świadomy tego, co się stało. Wbiegła sekretarka a po chwili kadrowa. Były wystraszone – ale cóż zrobić, że im dostarczyłem takich niechcianych emocji. Gdy przyjechało pogotowie, prawa strona była całkowicie sparaliżowana, zaś w lewej pojawiły się niewielkie ruchy. Jak zwykle rezonans, tomograf i sterydy z pompy. Po raz kolejny leżę i nie mogę się przewrócić na bok, podciągnąć nogi, poprawić ręki, podrapać się, zjeść samodzielnie czegokolwiek. Na domiar złego w drugim dniu mojego pobytu w szpitalu wprowadzono zakaz odwiedzin ze względu na panującą grypę. Leżałem w szpitalu pięć tygodni i przez ten cały okres nie było odwiedzin. Najwyżej jak się ktoś przemycił. Podejmujący decyzję o zamknięciu szpitala dla odwiedzających nie zdaje sobie sprawy, jak ważne jest w trudnych chwilach wsparcie bliskich mu osób. Jak ważna jest rozmowa, kontakt wzrokowy, dotyk, pomoc w wykonaniu czynności samoobsługowych. Ważny jest również czas oczekiwania, świadomość, że ktoś przyjdzie. Nie został nawet wpuszczony do mnie mój przyjaciel Boguś, lekarz stomatologii, który miał mi założyć fleczer do zęba, który mnie rozbolał (był w trakcie leczenia). Pięć dni leżałem z bolącym zębem zanim przyszedł szpitalny chirurg szczękowy, by stwierdzić, że on może tylko wyrywać zęba. Dopiero jego interwencja spowodowała, że Boguś mógł wejść na oddział.

I tak walczę po dziś dzień. Cały czas kontynuuję intensywną rehabilitację. Ćwiczę niemal całymi dniami, w przerwach dużo czytam. Brakuje mi jednak takiej zwykłej aktywności w działaniu - zrobić coś konkretnego, wymiernego, pożytecznego. Wierzę jednak, że uda mi się odrobić utraconą sprawność fizyczną przynajmniej w takim stopniu, by móc samodzielnie się poruszać, by móc odzyskać sprawność w prawej ręce, by móc, co jest takie dla mnie ważne, jeździć samochodem.

Na zakończenie

Gdy byłem na rehabilitacji w bydgoskiej klinice, jedna osoba w rozmowie telefonicznej powiedziała, bym się gimnastykował, odpoczywał i wracał z tych wczasów. Tak pomyślałem sobie – zdecydowana większość ludzi ma to niewiarygodne szczęście, że nie musi sama przeżywać i dźwigać ciężaru kalectwa, że nie musi ciężko dosłownie harować, by odbudowywać utraconą w sekundzie sprawność fizyczną, że nie musi rezygnować z tego, co lubi robić, że nie musi widzieć ogromu cierpień innych osób, z którymi przebywa na oddziale. Śp. Jerzy Kulej, znany świetny polski bokser, który w wyniku ataku serca i niedokrwienia mózgu doznał porażenia, powiedział: "Przez lata ciężko ćwiczyłem, zebrałem tysiące ciosów, ale dopiero teraz widzę i czuję, czym jest praca nad ciałem. To wszystko, co jako sportowiec robiłem, było dziecinną zabawą w stosunku do tego, co teraz muszę przechodzić. To nie fajne uczucie, gdy chcesz podnieść rękę, a nie możesz, gdy chcesz podnieść nogi, a one cię nie słuchają, gdy chcesz unieść biodra, a one nie reagują na twoje zamysły. Rehabilitacja neurologiczna to nie siłownia, gdzie walka idzie o pakowanie i rzeźbienie. To katorżniczo ciężka walka o pokonanie grawitacji, która góruje nad twoją siłą fizyczną i pokonanie swoich słabości. To umiejętność zbudowania motywacji do pracy nad swoim ciałem i co ważniejsze nad swoją psychiką. To wola walki i pokonywania przeciwności, to umiejętność radzenia sobie z trudnymi sytuacjami, umiejętność opanowania emocji. To empatia, którą jak masz, to możesz pomóc twojemu towarzyszowi niedoli, temu, który jest w gorszej sytuacji niż ty". Poznałem wiele osób i wiele przypadków chorobowych. Trzyletnią dziewczynkę, która jest chora na rzadką chorobę "moja moja" i przeszła dwa udary mózgu, świetnego kardiochirurga, ordynatora oddziału WAM na Szaserów w Warszawie, który w morzu chorwackim zanurkował i wyciągnęli go po dwudziestu paru minutach. Młodego prawnika, któremu zatrzymała się akcja serca i wielu innych, którzy nie tylko, że nie mają władzy w rękach i nogach, ale i utracony spory procent świadomość, są bez kontaktu słownego i emocjonalnego, w tzw. stanie wegetatywnym. Są w pampersach, odżywianiu pozaustrojowym, czy wypróżnianiu wymuszonym z bliznami po trachotomii. Trzy tygodnie na jednej sali leżałem z byłym lekarzem wojewódzkim z Torunia, któremu NFZ odmówił kosztownego leczenia ze względu na wiek, co spowodowało całkowity jego paraliż. A też przecież chciał żyć i cieszyć się wnukami. Przez cztery tygodnie leżałem z osobą, która rozpoczęła procedurę umierania. Widziałem, jak z dnia na dzień odchodzi, jak rodzina się z nim żegna, jak przyjmuje ostatnie namaszczenie. Leżałem z osobą, która prosiła o sznur, bo chce się powiesić, choć była sparaliżowana i technicznie by tego nie dokonała. Z dorosłymi osobami, które płakały, tak dosłownie płakały za utraconym życiem itd., itd. Niełatwo jest człowiekowi, który ma kręgosłup szyjny z przeszczepem kostnym, stabilizacją tytanową ze śrubami w czaszce i kręgach, z masą guza, którego nie można ze względu na jego lokalizację usunąć całkowicie, z ryzykiem, że może ponownie odrosnąć, który przeszedł kilka paraliżów czy niedowładów. I z tym wszystkim muszę walczyć, bo chcę żyć i to nie tylko by być, ale by móc. Móc jeszcze… Oczywiście po gruntownej rewizji moich planów i zamierzeń. Ale takie jest życie - raz się ma z górki, raz pod górkę. Nie można mieć w końcu w życiu wszystkiego, bo wówczas by ono straciło sens - nie byłoby do czego dążyć.

Jeśli zastanawiasz się, czy możesz mi jakoś pomóc – kliknij proszę tutaj - każdy wyraz wsparcia jest dla mnie bardzo ważny i dzięki Twojej pomocy szybciej wrócę do zdrowia!

Go to Top